Drodzy forumowicze i goście!

Przeżyliśmy przestój związany z migracją z serwera na serwer i zmianą istotnych danych adresowych dla hostingu. Teraz forum powinno działać szybko, bez długiego oczekiwania na odpowiedź serwera. Zależy to też od szybkości waszych łącz, ale do któregoś września serwer był trudny do zaakceptowania.
Niestety technicznie wielkość naszego forum się mocno powiększyła i musimy zwracać większą uwagę na wykorzystanie przestrzeni dyskowej, nie duplikować postów (dawać linki) itp., bo nie utrzymamy baz danych w limitach dostawcy hostingu, a upgrade jest finansowo nieopłacalny.

W związku z "wysypem" reklamodawców informujemy, że konta wszystkich nowych użytkowników, którzy popełnią jakąkolwiek formę reklamy w pierwszych 3-ch postach, poza przeznaczonym na informacje reklamowe tematem "... kryptoreklama" będą usuwane bez jakichkolwiek ostrzeżeń. Dotyczy to także użytkowników, którzy zarejestrowali się wcześniej, ale nic poza reklamami nie napisali. Posty takich użytkowników również będą usuwane, a nie przenoszone, jak do tej pory.
To forum zdecydowanie nie jest i nie będzie tablicą ogłoszeń i reklam!
Administracja Forum

To ogłoszenie można u siebie skasować po przeczytaniu, najeżdżając na tekst i klikając krzyżyk w prawym, górnym rogu pola ogłoszeń.

Uwaga! Proszę nie używać starych linków z pełnym adresem postów, bo stary folder jest nieaktualny - teraz wystarczy http://www.cheops4.org.pl/ bo jest przekierowanie.


/blueray21

Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » piątek 19 sie 2016, 01:02

Polski łącznik Drakuli. Czy słynny wampir był Polakiem z Ukrainy?
Autor: Adam Węgłowski | 12 lutego 2015 |

Źródłem informacji mógł być ponownie Vámbéry – zwłaszcza jeśli znał prace naukowe Helwinga z XVIII wieku i jeśli śledził publikacje etnograficzne ze stulecia XIX. Prace Helwinga, choć skoncentrowane na doniesieniach z Mazur, zawierały bowiem także informacje o „wampirach” z innych terenów, m.in. z Ukrainy. Publikacje etnograficzne opisywały zaś legendę wspomnianego upiora z Polski rodem.

Obrazek Pastor Jerzy Andrzej Helwing we własnej osobie.

Bazyli Dunin-Borkowski, bo o nim mowa, był synem pułkownika wojska polskiego. Jego ojca, za zasługi podczas walk o Smoleńsk, król Władysław IV Waza obdarzył majątkiem pod Czernihowem. Tak ród Duninów, mający wśród przodków m.in. średniowiecznych możnowładców, zyskał ukraińską gałąź. Bazyli żył w czasach, gdy Kozacy marzyli o większej samodzielności, a o Ukrainę rywalizowały Polska i Rosja. Jego bliscy zginęli podczas powstania Chmielnickiego. Po rozejmie andruszowskim (1667) Czernihów i okolice znalazły się po stronie rosyjskiej. Dunin-Borkowski robił karierę i pieniądze u boku hetmana Iwana Mazepy (który ponoć kupił to stanowisko u Rosjan, ale za pieniądze pożyczone właśnie od Bazylego).

Wampir z Ukrainy

Został pułkownikiem wojska kozackiego i generalnym oboźnym. Lecz opinii nie miał najlepszej. „Zarzucano mu przesadne skąpstwo, złośliwość, tyranizowanie poddanych, gwałcenie kobiet” – pisał prof. Miron Korduba. – „Wśród ludu powstało podanie, że był »upiorem« i służył djabłom. Hojnemi darami na cerkwie pragnął zapewnić spokój swej duszy”.

Obrazek
Wszyscy bliscy Bazylego Dunina-Borkowskiego zginęli w trakcie powstania Chmielnickiego.

Według owych ludowych podań, Bazyli Dunin-Borkowski parał się alchemią, jadał mięso w Wielki Piątek, podpisał pakt z diabłem, przed śmiercią nawet się nie wyspowiadał, a po śmierci w 1702 roku
wrócił z zaświatów jako upiór atakujący ludzi.
„Został pochowany w soborze Trójcy Świętej.

Następnego dnia zobaczono jednak, że jedzie w sześć karych koni Czerwonym Mostem: za woźnicę, forysia, lokaja i trzech towarzyszy miał w powozie diabły” – pisał etnograf Mykoła Markewycz. Czy ta scena nie przypomina pojawienia się diabelskiego powozu w Transylwanii na kartach „Drakuli” Stokera?

Na dodatek, jak dopowiadały kolejne wersje legendy o Bazylim, po jego śmierci w Czernihowie dochodziło do niewytłumaczalnych zgonów i zaginięć. Ofiar było kilkadziesiąt. Sprawą zainteresował się więc miejscowy prawosławny arcybiskup – Jan Maksymowicz. Miał opinię męża mądrego i świętego (nie przypadkiem kanonizowano go sto lat temu). To rzekomo za jego sprawą do klasztoru pofatygowała się odpowiednio wyposażona ekipa pogromców upiorów.

I tak Dunin skończył identycznie książkowy wampir Drakula. „Natychmiast otworzono trumnę; upiór leżał tam rumiany, z otwartymi oczami; przebito go osinowym kołkiem” – zapisał etnograf Markewycz. W bardziej rozwiniętej wersji tej legendy, zwłoki zabrano następnie ze świątyni i pochowano w odległym miejscu nad rzeką. Ta niebawem wylała i zabrała grób upiora


Obrazek
Kołek w serce. Niezawodny sposób na wampiry. Dokładnie tak samo skończył Bazyli Dunin-Borkowski.

Od śmierci Dunina-Borkowskiego do publikacji „Drakuli” minęło prawie 200 lat. Czy legenda z Czernihowa mogła stać się jedną z inspiracji Stokera? To niewykluczone, jeśli jego informatorem był Vámbéry. A już na pewno legenda ta dowodzi, że w kreowaniu wampirów nasz region Europy był mocarstwem.

Źródła:
1.Ilona Czamańska, Drakula. Wampir, tyran czy bohater?, Wydawnictwo Poznańskie, 2003. „Dzwonek Częstochowski”, kwiecień 1908, s. 98.
2.Adam Węgłowski, Bardzo polska historia wszystkiego, Znak Horyzont 2015.
3.Miron Korduba, Dunin-Borkowski Bazyli [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. II, 1936.
4.Mykoła Markewycz , „Zwyczaje, wierzenia, kuchnia i napoje Małorosjan” („Обычаи, поверья, кухня и напитки малороссиян”), 1860.

O „wampirze” Bazylim po raz pierwszy usłyszałem pracując w „Focusie Historia”, podczas rozmowy ze współcześnie żyjącą krewną rodziny Duninów. Niniejszym bardzo Jej dziękuję za informację.

https://ciekawostkihistoryczne.pl/2015/ ... ukrainy/2/
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » piątek 19 sie 2016, 21:31

Elżbieta Batory - Pani na Czachticach..... księżna węgierska zwana Krwawą Hrabiną z Čachtic. Siostrzenica króla polskiego Stefana Batorego. Nazywana jest najsłynniejszą seryjną morderczynią w historii Węgier i Słowacji. Była kobietą wielkiej urody, a przy tym pochwalić się mogła wyjątkową inteligencją. Od wczesnych lat życia uchodziła za osobę skłonną do napadów gniewu. Jest bardziej znana na zachodzie a u nas w Polsce jakoś się o niej nie wspomina. Może dlatego, że dla nas w Historii Polski znacznie przyczynił się Stefan Batory a czarną owcę z tego rodu, Historia Polski próbuje jakoś.... zakamuflować. ;) Obrazek

Obrazek Czachtice.

Najbardziej jednak w pamięć ludzkości wryło się wspomnienie o Elżbiecie Batory - pięknej i nadzwyczaj okrutnej pani zamku w Czachticach. Elżbieta urodziła się 7 sierpnia 1560 roku. Otrzymała wszechstronne wykształcenie, jak przystało na przedstawicielkę arystokratycznej i wpływowej rodziny. Dla nas - Polaków - znaczenie ma fakt, że jej bliski krewny - Stefan został królem Polski (gdy Elżbieta miała 25 lat). Ówczesnym zwyczajem - w wieku prawie dziecięcym została przeznaczona na żonę dla "czarnego bohatera Węgier" - 25-letniego grafa Ferencza Nadasdy. Elżbieta odznaczała się niezwykłą na swe czasy, ponadprzeciętną urodą. Biała cera, kruczoczarne bujne włosy i czarujące oczy... Wyszła za mąż w wieku lat piętnastu - 8 maja 1575 roku. Nie marzyła o takim życiu... Mąż - rasowy wojownik - wpadał od czasu do czasu pomiędzy jedną bitwą a drugą i - wciąż przesiąknięty zapachem krwi, potu i końskiego łajna - traktował ją tak jak mąż żonę, której w zasadzie nie znał. Nie wiedział, że słodka istota u jego boku to potwór... Pewnego dnia przechadzając się po przyzamkowym parku zobaczył zupełnie nagą, przywiązaną do drzewa i obsmarowaną miodem dziewczynę... Roje much, pszczół i mrówek oblepiały jej ciało... Żona wyjaśniła mu, że ta służąca została w ten sposób ukarana za kradzież owoców. Ferencz obracał wszystko w żart. Nie wierzył służbie opowiadającej o dziwactwach jego żony. Młody wojownik nie wszystko jednak wiedział... Elżbieta zapadła na chorobę, którą prawdopodobnie dzisiaj można identyfikować jako straszliwe migreny. Nie była już tą samą kobietą. Nabrała odrazy do mężczyzn. W jej życiu pojawiły się skłonności homoseksualne. Podczas długich samotnych chwil odkryła inne rodzaje rozkoszy - również prawdopodobnie za sprawą swej biseksualnej ciotki Klary Batory... Ale najgorsze były bóle głowy... Pewnego dnia odkryła, że bóle głowy gasi słuchanie przeraźliwego pisku młodych dziewczyn... Tak się wszystko zaczęło... Gryzła swoje służące, kłuła je szpikilcami, biła - wszystko po to, aby krzyczały i gasiły jej ból... Jednak tak długo, jak długo żył jej mąż nie posunęła się nigdy ponad to - nigdy nie zamordowała. W roku 1602 (wg niektórych źródeł w 1604) jej mąż kończy życie. Rozpoczyna się ewolucja opętania Elżbiety. W wieku 40 lat jest nadal piękna... Ma wielkie lustro w które godzinami się wpatruje... Zmienia suknie 15 razy na dzień... Liczy klejnoty... Tak mija czas... Pragnie aby to trwało wiecznie - jej piękno i bogactwo. Czarna magia... To jest to co zapewni wieczną młodość i szczęście... Na swej drodze Elżbieta spotyka wiedźmę z lasów o imieniu Darvulia. Darvulia zna receptę na wieczną młodość - jest to krew dziewic... Wiedźma przekonuje piękną Elżbietę, że nie powinna się wyrzekać swoich skłonności. Rozpoczyna się piekło w podziemiach zamku Czachtice. Nocą słudzy Elżbiety polują na młode dziewczęta. Słudzy są wierni i oddani, podzielający pasję swej pani. Dorotta Szentes (znana jako Dorka) i Ilona Jo - dwie potwornie brzydkie i zwyrodniałe kobiety. To one są głównymi narzędziami tortur... Poza tym jest jeszcze Johannes Ujvary - wierny sługa i dowódca zbrodniczego legionu pani Czachtic. Złapane młode dziewczęta - w wieku od 12 do 18 lat - są w okrutny sposób torturowane w specjalnej do tego celu przeznaczonej sali. Piękna Elżbieta zwykle ubiera na czas swych okrutnych ceremonii w białą jak śnieg suknię, która z czasem staje się czerwona... Krew jest wszędzie - na podłodze, na ścianach i na suficie. Potworny wrzask straszliwie okaleczanych ofiar i seksualne uniesienia pięknej arystokratki... Kąpiele w krwi... Jedne źródła podają, że tzw. "żelazna dziewica" (ang. iron maiden) była mechanicznym manekinem który został sprowadzony przez Elżbietę z Norymbergii, inne źródła podają, że była to specjalna klatka nabita ostrymi krawędziami i kolcami... Manekin miał ponoć w śmiertelnym uścisku wytłaczać krew z uwięzionej dziewczyny, która to krew kanalikami spływała do wanny przygotowując odmładzającą, magiczną kąpiel. Klatka miała mieć inne przeznaczenie - w jej wnętrzu umieszczano dziewczynę, klatkę windowano w górę a następnie Elżbieta siadała pod klatką. Dorka rozpalonym pogrzebaczem straszyła dziewczynę w klatce, która w odruchach obronnych nabijała się raz po raz na ostre kolce. Krew spływająca w dół niwelowała starość Elżbiety... Nie tylko jednak w celach odmładzających i nie tylko w podziemiach odbywały się ceremonie. Znane było zamiłowanie Elżbiety do obserwowania nagiej dziewczyny na mrozie oblewanej wodą - tak długo aż nie zmieniła się w posąg z lodu... Długo można by pisać o okrucieństwach Elżbiety Batory. Z biegem czasu okazało się, że magia krwi nie działa. Elżbieta zaczynała się starzeć... Nowa wiedźma wiedziała dlaczego tak jest... To była wina krwi plebejskiej. Prawdziwą młodość może zapewnić tylko krew arystokratyczna. Elżbieta powołuje więc do życia akademię dla młodych dziewcząt z dobrych rodzin... Wiadomo jaki jest ich los. Dziewczęta które ocalały, opowiadały, że do jedzenia dostawały pieczone mięso swych poprzedniczek... Pewnego dnia Elżbieta w swym szale posuwa się zbyt daleko... Cztery ciała pozbawione krwi zostają wyrzucone poza zamkowe mury. Opamiętanie przychodzi zbyt późno. Informacje o ekscesach pięknej arystokratki docierają na dwór królewski. Jest rok 1610. Król wysyła z misją wyjaśnienia doniesień do Czachtic hrabiego Thurzo. To co odkrywa ekspedycja przechodzi najśmielsze oczekiwania. Podczas trwającego procesu zostaje odkryty rejestr zamęczonych okrutnie dziewcząt - zawiera (wg różnych źródeł) od 610 do 640 nazwisk... Słudzy Elżbiety zostają ścięci z wyjątkiem Dorki która jest najpierw pozbawiona palców a następnie palona żywcem... Sama Elżbieta z powodów politycznych unika śmierci i zostaje skazana na dożywotni areszt w swoim zamku. Jej komnata została zamurowana - zostawiono tylko małe okienko przez które podawano jej pokarm. Dręczona głodem i zimnem Elżbieta umiera po trzech latach więzienia - 21 sierpnia 1614 roku. Nigdy nie dostrzegła swojej winy. Do końca nie rozumiała zarzutów które jej postawiono. Przecież miała prawo... jako przedstawicielka tak wysoko postawionej rodziny miała przecież prawo...

Obrazek ''Dusidło''-krew spływała do umieszczonej pod spodem miski. :shock:

Został odkryty najbardziej osobisty przedmiot Elżbiety - talizman zawierający modlitwę... W modlitwie tej wymawiała prawdopodobnie imiona tych na czyich sercach aktualnie jej zależało...

Pomóż mi o Isten i ty także wszechmocna chmuro.

Strzeż mnie Elżbietę i daj mi długie życie.

O obłoku - jestem w niebezpieczeństwie.

Ześlij mi dziewięćdziesiąt kotów które są twoją domeną.

Rozkaż im przybyć z ich wszystkich legowisk

Z gór, z wody, z rzek, z rynsztoków i oceanów.

Powiedz im aby przybyły szybko

I niech wyszarpią i rozedrzą serce Megyery.

I strzeż Elżbietę od wszystkiego co złe.


http://pl.wikipedia.org/wiki/El%C5%BCbieta_Batory
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » środa 24 sie 2016, 23:42

OPOWIEŚĆ O PIĘKNEJ PREDSŁAWIE I LEGENDARNYM SZCZERBCU

Andrzej Zieliński

Poświęcił dla niej życie rodzonej córki i jej męża, porzucił niedawno poślubioną żonę, zbudował nawet specjalnie, on, rzymski katolik, cerkiew w Ostrowie Lednickim, aby mogła wyznawać swoją wiarę, w czym pomagał jej, przywleczony, jako jeniec, archiprezbiter cerkwi Dziesięcinnej Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Kijowie. Czy to była miłość, czy tylko wielka namiętność człowieka u schyłku życia? I czy to uczucie zostało przynajmniej odwzajemnione?

Predsława, najmłodsza córka wielkiego księcia Rusi Kijowskiej Włodzimierza Wielkiego (noszącego przedtem staronordyckie imię Valdemar) i Anny Porfirogenetki, siostry cesarza bizantyjskiego Bazylego II Bułgarobójcy, była według ruskich kronikarzy nastolatką olśniewającej urody (nie zachował się niestety żaden jej wizerunek). W parze z ową pięknością szło także niezwykłe jak na tamte czasy wykształcenie księżniczki. Od dziecka była przygotowywana do zrobienia wielkiej małżeńskiej kariery. Władała biegle, w mowie i piśmie, greką i łaciną. Matka zadbała także o to, by córka poznała podstawy filozofii. Podobno była też bardzo muzykalna. Stanowiła zatem poszukiwaną partię dla największych europejskich domów królewskich, także z racji swoich bliskich koneksji rodzinnych z cesarzem Bizancjum. A poza tym książę kijowski Włodzimierz Wielki był wówczas władcą potężnego państwa, o którego przyjaźnie i sojusze zabiegało wielu europejskich królów i książąt, a także cesarz niemiecki. Dobrych kontaktów z wielkim księciem kijowskim szukał również Bolesław Chrobry. Wydał nawet jedną ze swoich córek, niestety nieznanego imienia, za Świętopełka, syna wielkiego księcia Włodzimierza, wyznaczonego wcześniej przez ojca na następcę tronu. Poprawne stosunki polskiego księcia z Rusią Kijowską uległy jednak drastycznemu pogorszeniu z chwilą śmierci Włodzimierza Wielkiego (15 lipca 1015 roku). Na tron wielkoksiążęcy, początkowo zajęty przez Świętopełka, wstąpił wkrótce kolejny syn wielkiego księcia Jarosław Mądry, od lat skonfliktowany z ojcem i bratem. Trudno go też było nazywać przyjacielem polskiego księcia. Mimo to krótko po śmierci żony Emnildy (w 1017 roku) liczący wtedy równe pięćdziesiąt lat polski władca wysłał uroczyste poselstwo do Kijowa z prośbą o rękę pięknej Predsławy, ulubionej siostry nowego wielkiego księcia Rusi Kijowskiej. Polskich wysłanników odprawiono jednak szybko nie tylko z kwitkiem, ale i z bardzo złośliwym graniczącym ze zniewagą komentarzem dotyczącym podeszłego, jak na tamte czasy, wieku niefortunnego oblubieńca. Wypomniano polskiemu księciu jego zaawansowane lata wraz z otwartą sugestią szukania sobie kobiety odpowiedniej wiekiem, jakiej wśród sióstr wielkiego księcia Jarosława nie było. Bolesław Chrobry znalazł sobie prawie natychmiast inną młodą narzeczoną. Była to Oda, córka margrabiego miśnieńskiego Ekkeharda, z którą wziął ślub 4 lutego 1018 roku. Ciągle jednak nosił w sercu zadrę po zniewadze, jakiej doznał ze strony wielkiego księcia Rusi Kijowskiej. Szukał szybkiego pretekstu do ataku na Kijów. Jak pamiętamy, po śmierci Włodzimierza Wielkiego jego miejsce na wielkoksiążęcym tronie (wymordowawszy trzech starszych braci – Borysa, Gleba i Świętosława) zajął najstarszy żyjący syn Świętopełk I, zwany Przeklętym, mąż córki Bolesława Chrobrego. Po roku został on jednak zrzucony z tego tronu przez przyrodniego brata Jarosława Mądrego, wówczas księcia nowogrodzkiego. Książę Świętopełk pozostawiając rodzinę w rękach Jarosława, zbiegł do Polski, prosząc teścia o pomoc w odzyskaniu władzy w Kijowie. Lepszej okazji do osobistych porachunków Bolesław Chrobry nie mógł sobie wymarzyć. Miał teraz wręcz obowiązek, jako kochający ojciec, wystąpić oficjalnie w obronie córki, której życie było przecież poważnie zagrożone. Wspierany przez Węgrów, Niemców i Połowców wyruszył latem 1018 roku do Rusi Kijowskiej. Piętnastego lipca w bitwie nad Bugiem rozgromił wojska Jarosława, który po tej klęsce zbiegł do Nowogrodu, pozostawiając w Kijowie żonę oraz siostrę Predsławę. Miesiąc później, po krótkim oblężeniu, Bolesław Chrobry triumfalnie wjechał na czele swoich wojsk do zdającego się na jego łaskę miasta. Oddać teraz należy głos pierwszemu naszemu kronikarzowi Gallowi Anonimowi, który tak oto zrelacjonował ten moment wjazdu polskiego księcia do stolicy Rusi:
Bolesław bez oporu wkroczył do wielkiego i bogatego miasta i dobywszy z pochwy miecza uderzył nim w Złotą Bramę, gdy zaś ludzie się dziwili, czemu to czyni, wyjaśnił ze śmiechem, a wcale dowcipnie: „Tak jak w tej godzinie Złota Brama ugodzona została tym mieczem, tak następnej nocy ulegnie siostra najtchórzliwszego z królów, której mi dać nie chciał. Jednakże nie połączy się z Bolesławem w łożu małżeńskim, lecz tylko jeden raz, jak nałożnica, aby pomszczona została w ten sposób zniewaga naszego rodu, Rusinom zaś ku obeldze i hańbie”. Tak powiedział i co rzekł, to spełnił.


Obrazek
Złota Brama w Kijowie zbudowana została w połowie XI wieku. Scena przedstawiona tu przez Jana Matejkę
nie miała miejsca.

Poczucie humoru zakonnika-kronikarza jest tu zadziwiające. Gwałt na młodziutkiej księżniczce dokonany został bowiem w bardzo upokarzający ją sposób. Najpierw wprowadzono ją do sali, w której biesiadowali zwycięzcy, a następnie zawleczono do najbliższej komnaty, dokąd udał się natychmiast książę Bolesław. Po pewnym czasie książę wrócił, witany owacyjnie i rubasznie przez podchmielonych współbiesiadników, i ucztował dalej. Po chwili przez tę samą salę musiała ponownie przejść Predsława.
Wbrew wcześniejszej zapowiedzi polskiego władcy, księżniczka nie została bynajmniej jednorazową nałożnicą Bolesława Chrobrego. Książę uwięził ją w jednej z zamkowych komnat i przez cały swój pobyt w Kijowie odwiedzał Predsławę, gdy tylko miał na to ochotę. Prawie tysiąc lat po tym wydarzeniu polscy historycy próbowali wytłumaczyć postępek księcia, interpretując go jako swego rodzaju gest symbolicznego zaślubienia Rusi Kijowskiej z Polską, łącząc to, co wydarzyło się podczas owej uczty z faktem, że Bolesław Chrobry demonstracyjne zasiadł również na tronie Włodzimierza Wielkiego w Kijowie. Nie zajmowali się już tym, jak mogła czuć się „zaślubiona” w taki sposób Predsława. Ani tym, że taki „gest zaślubienia” przez żonatego przecież księcia byłoby po prostu najzwyklejszą bigamią, kwalifikującą się wtedy do najwyższej kościelnej kary. Kronikarze ruscy z Nestorem na czele nie mieli jednak cienia wątpliwości. Polski książę Bolesław publicznie pohańbił piękną najmłodszą siostrę Jarosława Mądrego. Trudniej było naszym dziejopisom wytłumaczyć późniejsze uprowadzenie pięknej ruskiej księżniczkido Polski. Bolesław Chrobry zabrał ją ze sobą, wracając z Kijowa. Niejako po drodze raz jeszcze pokonał próbujące przeszkodzić mu w tym powrocie wojska Jarosława Mądrego. Po przybyciu do kraju osadził Predsławę w najbezpieczniejszym miejscu w swoim księstwie, jakim był Ostrów Lednicki, pilnie strzeżony przez doborową drużynę książęcą. Nie zgodził się na propozycję wymiany młodziutkiej księżniczki na własną córkę, żonę Świętopełka, znajdującą się wtedy w rękach Jarosława Mądrego, wydając tym samym na nią wyrok śmierci. Co więcej, ten bardzo katolicki władca, tak energicznie zabiegający o własnych świętych i błogosławionych, wraz z Predsławą zabrał także z Kijowa Anastazego Korsunianina, archiprezbitera przy cerkwi Dziesięcinnej Narodzenia Najświętszej Marii Panny, i nakazał wybudować w Ostrowie Lednickim dla swojej branki świątynię w obrządku wschodnim. Resztki tej cerkwi odnaleźli ostatnio archeo​logowie. Polski książę, u schyłku swoich lat po prostu najwyraźniej zupełnie stracił głowę dla pięknej nastolatki. Miał przecież w tym samym czasie w Gnieźnie równie młodą żonę i maleńką córeczkę Matyldę. Każdą wolną chwilę spędzał jednak w Ostrowie Lednickim. Zapomniał o tym, że sam wcześniej wprowadził w państwie bardzo represyjne kary za cudzo​ łóstwo. (Najczęściej winnego cudzołóstwa przybijano do drzewa gwoździem wbitym w mosznę i dawano mu do ręki ostry nóż. Mógł uratować życie, odcinając sobie przyrodzenie. Kobiecie natomiast odcinano łechtaczkę i przybijano na drzwiach jej domostwa). Książę Bolesław stracił u boku Predsławy wszelką ochotę do mieszania się w wewnętrzne sprawy Rusi Kijowskiej. Nie zrobiła na nim nawet żadnego wrażenia skrytobójcza śmierć zięcia, czyli księcia Świętopełka, w którego obronie przecież wyruszył na Kijów. Nie interesowały go dalsze losy własnej córki, żony Świętopełka, zapewne także bardzo szybko zgładzonej przez wielkiego księcia Rusi Kijowskiej. Znacznie ograniczył książę swoje zainteresowanie sprawami państwa, skupiając się praktycznie jedynie na staraniach o królewską koronę. Pozostałymi działaniami, w tym zarządzaniem państwem, jak również prowadzeniem wojen, zajmował się wtedy, jako następca tronu, jego młodszy syn, książę Mieszko II. W Ostrowie Lednickim Predsława urodziła Bolesławowi Chrobremu dwie dziewczynki o nieznanych imionach, wydane później za wielkopolskich wielmożów. Jednym z nich był podobno Miecław z rodu Doliwów, wysoki urzędnik i wojewoda na dworze króla Mieszka II, a następnie władca Mazowsza, wielki oponent i konkurent Kazimierza Odnowiciela do władzy w Polsce. Predsława urodziła także prawdopodobnie jeszcze syna, gdyż niedawno znaleziono w Ostrowie Lednickim grób małego chłopca z początku XI wieku z zachowanymi resztkami niezwykle bogatego stroju. Losy Predsławy po śmierci króla nie są niestety znane. Nie wiadomo, czy Mieszko II odesłał ją do Kijowa ani kiedy umarła i gdzie została pochowana. Sama zaś cerkiew na Ostrowie Lednickim zburzona została podczas najazdu czeskiego księcia Brzetysława I i nigdy jej nie odbudowano. Brak jest również jakichkolwiek informacji o tym, czy Predsława pokochała ostatecznie swojego ciemięzcę, czy też łączył ich tylko związek kata i ofiary. Według Galla Anonima podobno Gaudenty, brat i następca św. Wojciecha, z nieznanej mi przyczyny obłożył ją (Polskę) klątwą.

Czy powodem było tak ostentacyjne cudzołóstwo Bolesława Chrobrego?

Niestety, znowu brak jakichkolwiek potwierdzeń tej klątwy w dokumentach kościelnych (także papieskich) i w zagranicznych kronikach, a przecież taki fakt zawsze powszechnie odnotowywano. Milczał na ten temat Nestor. Co więcej, milczał również znany przecież z krytycznych wpisów o polskim władcy niemiecki kronikarz Thietmar z Merseburga. Wyszczerbiony rzeko​mo o kijowską Złotą Bramę miecz Bolesława Chrobrego przeszedł, jako tak zwany szczerbiec, do legendy, do polskiej historii, a także do rytuału koronacyjnego polskich królów. Powszechnie utożsamiany jest bowiem błędnie z za​cho​wanym do dzisiaj mieczem koronacyjnym o tej samej nazwie. Tymczasem w 1018 roku, gdy polski książę wjeżdżał do Kijowa, Złotej Bramy jeszcze w tym mieście nie było. Gall Anonim widocznie o tym nie wiedział. Bolesław Chrobry uderzył zapewne swoim mieczem w jedną z kilku kijowskich bram miejskich. Ta nazwana Złotą została wybudowana przez Jarosława Mądrego dopiero w połowie XI wieku. Uszkodzony miecz, złom zupełnie nieprzydatny już w boju, polski władca zapewne od razu odrzucił, bo chyba nie miał najmniejszego zamiaru używać potem w bitwach czy też przywozić do kraju takiego wybrakowanego oręża.

Obrazek
Szczerbiec – miecz, który okazuje się być darem Żydów sefardyjskich, dla księcia Bolesława Pobożnego

Na pewno także polski książę nie doznał wtedy żadnego proroczego olśnienia, że oto w taki sposób powstaje w Kijowie późniejsza ważna relikwia narodowa. A nawet gdyby wydał polecenie, aby zachować ten miecz dla przyszłych pokoleń w charakterze symbolu swojej jurności, to i tak oręż ten zostałby zniszczony podczas najazdu czeskiego księcia Brzetysława I, który z niezwykłą zawziętością likwidował wszelkie ślady po Bolesławie Chrobrym łącznie z jego sarkofagiem; posunął się nawet do sprofanowania znajdujących się w nim szczątków naszego króla. Natomiast rzeczywiście uderzył mieczem w istniejącą już wtedy kijowską Złota Bramę – i zapewne go wówczas wyszczerbił – inny polski władca, król Bolesław Śmiały. Zdarzyło się to dopiero w 1068 roku. Powtórzenie gestu pradziada nie miało tym razem żadnego podtekstu seksualnego, było tylko elementem symbolicznym, nawiązaniem do legendy o poprzednim zdobyciu Kijowa. Nie wiadomo jednak, jakie były dalsze losy tego królewskiego uszkodzonego miecza. Na pewno nie jest to obecny szczerbiec, znany jako miecz koronacyjny. Trudno przypuszczać, aby Bolesław Śmiały specjalnie polecał przechowywać ten oręż w królewskim skarbcu, dla przyszłych pokoleń, albo wywiózł go, uciekając na Węgry, jako pamiątkę dawnych sukcesów, ale nawet gdyby tak było, to nadal nic nie wiadomo o jego dalszych losach. Wątpliwe jest także, aby następca Bolesława, książę Władysław Herman, odnalazłszy ten miecz na Wawelu, darzył szczególnym przywiązaniem ową wyszczerbioną broń swojego starszego brata i przechował ją, proroczo przewidując, że w przyszłości stanie się ona mieczem koronacyjnym polskich królów.

W jaki zatem sposób szczerbiec znalazł się wśród najważniejszych polskich regaliów?

Dodać należy od razu, jako miecz ceremonialny, a nie oręż bitewny. „Miecz Bolesława Chrobrego” po raz pierwszy jako rekwizyt koronacyjny wystąpił 20 stycznia 1320 roku podczas uroczystego wprowadzania na polski tron króla Władysława Łokietka, chociaż wtedy jeszcze nie nosił takiej nazwy. Był to rzeczywiście lekko wyszczerbiony miecz, a może po prostu źle wykuty, podobno, jak początkowo utrzymywano, pamiątka rodzinna książąt mazowieckich, ostatnio w posiadaniu księcia kujawskiego Kazimierza I, królewskiego ojca. Należał ponoć pierwotnie do jakiegoś nieznanego polskiego uczestnika krucjaty do Ziemi Świętej, o czym mogła świadczyć jedna z ozdób na jego rękojeści (Baranek Boży, herb, jaki nadany został Jerozolimie przez krzyżowców). Nie
jest przy tym do końca jasne, w jaki sposób oręż ten znalazł się w rękach książąt mazowieckich. Pojawiła się jednak jeszcze inna hipoteza, zgłoszona ostatnio przez pracowników muzeum na Wawelu – Marcina Biborskiego, Janusza Stępińskiego i Grzegorza Żabińskiego – a oparta na wnikliwej analizie porównawczej podobnych mieczy w Europie. Zbadali oni zarówno surowiec i technikę wykonania, jak wszystkie jego ornamenty. Otóż ich zdaniem ten paradny miecz, zwany dzisiaj Szczerbcem, mógł być darem wdzięczności... Żydów sefardyjskich dla księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego za umożliwienie im osadzenia się w jego włościach w Wielkopolsce. Miecz ten, ów żydowski podarunek, z racji bogatego zdobienia rękojeści wszedł potem w skład posagu
córki tegoż księcia Jadwigi, jak wiadomo, żony Władysława Łokietka. Świadczyłaby o tym nieistniejąca już dzisiaj tabliczka na rękojeści z łacińskim napisem – „książę Bolesław” (oczywiście Pobożny), interpretowana później przez wielu historyków jako tabliczka z imieniem Chrobrego. Był to przy tym miecz tak bogato zdobiony, że tym samym zupełnie nieprzydatny w boju, nadawał się więc jedynie na miecz paradny lub ceremonialny. Wyszczerbienia na brzeszczocie miecza mogły być wynikiem
niestaranności płatnerza, jak również wadliwości użytego materiału. Na pewno nie powstały od świadomego uderzenia nim w jakąkolwiek kamienną czy stalową konstrukcję. Jeśli ta hipoteza okaże się prawdziwa, a wszystko na to wskazuje, to nie lada problem mieć będą teraz ci, którzy tak ochoczo, z przekonań nacjonalistycznych, wpinają sobie miniaturkę „mieczyka Chrobrego”, tego „najstarszego polskiego miecza”, do klapy marynarki. Ale to już ich problem. W każdym razie od koronacji Władysława Łokietka miecz nazwany Szczerbcem stał się, poza warszawskimi intronizacjami Stanisława Leszczyńskiego i Mikołaja I, koronacyjnym mieczem wszystkich polskich królów. Kiedy 15 czerwca 1794 roku, po trzecim rozbiorze Polski, wojska pruskie wkroczyły do Krakowa, natychmiast rozpoczęły poszukiwania skarbca koronnego ukrytego niemal w przeddzień zajęcia przez nich Wawelu. Kiedy okazało się, że skarbiec jest pusty, pruski komendant Krakowa generał Leopold von Reuts wyznaczył nagrodę za wskazanie miejsca ukrycia polskich regaliów. Zgłosił się po nią pracownik skarbca nazwiskiem Zubrzycki, uczestniczący w przeniesieniu insygniów, i doprowadził Prusaków do kościoła uznanego przez Polaków za najbardziej bezpieczną kryjówkę. Czwartego października 1795 roku korony, jabłka i berła oraz miecz koronacyjny Szczerbiec zostały wywiezione przez tajnego radcę Ludwika Antoniego von Hoyma do Koźla, a stamtąd, via Wrocław, wszystkie polskie akcesoria koronacyjne przewieziono do Berlina. Czy Zubrzycki otrzymał obiecaną przez Prusaków nagrodę – nie wiadomo. Niestety, wiadomo natomiast na pewno, że król pruski Fryderyk Wilhelm III w 1809 roku, po przegranej wojnie z Napoleonem, rozkazał wydobyć z polskich regaliów wszystkie szlachetne kamienie i perły, aby spłacić nimi dług dworu królewskiego wobec berlińskiej Dyrekcji Handlu Morskiego. Pozostały złoty i srebrny złom, o wadze 25 funtów i 27 łutów (ponad 11,5 kilograma) złota oraz 9 funtów i 77,8 łuta srebra, został z polecenia tego króla przetopiony w 1811 roku w królewieckiej mennicy na pruskie obiegowe monety. Potwierdza to list księcia Wilhelma Wittgensteina do pruskiego ministra wojny Karla H.Witzlebena. Niektóre ze szlachetnych kamieni wydobytych z polskich regaliów miały ozdobić naszyjnik ofiarowany żonie Luizie przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma III. Ostatni widział nasze insygnia koronacyjne na dworze króla Fryderyka Wilhelma III w Berlinie, jeszcze przed zniszczeniem, książę August Fryderyk de Sussex, o czym wspomina w swojej korespondencji z Niemcewiczem.
Szczerbiec podzielił losy polskich regaliów, ale o dziwo, w odróżnieniu od nich ocalał. Jako stalowy złom, po oderwaniu bogatych zdobień, a szczególnie złotej tabliczki z imieniem Bolesława, nie przedstawiał już dla Prusaków żadnej wartości. Po kongresie wiedeńskim, w nieznanych dokładnie okolicznościach, miecz ten znalazł się w posiadaniu ambasadora rosyjskiego w Paryżu, Carla Osipowicza Pozzo di Borgo, kolekcjonera dawnej broni, i wraz z nim trafił później do Petersburga. Ambasador podarował go carowi Mikołajowi I jako polskiemu królowi, a ten przekazał do zasobu naszych regaliów gromadzonych wtedy w Ermitażu. Do Polski miecz koronacyjny wrócił w 1920 roku wraz ze zbiorami poloników oddanymi nam przez ówczesną Rosję Radziecką zgodnie z zapisami traktatu ryskiego. We wrześniu 1939 roku został wywieziony wraz z innymi skarbami polskiej kultury do Rumunii, skąd trafił ostatecznie do Kanady. Odzyskaliśmy go wraz z innymi tak zwanymi kanadyjskimi skarbami wawelskimi w 1961 roku. Nieprawdziwa okazała się zatem legenda o polskim władcy i Złotej Bramie w Kijowie, nie zachował się szczerbiec należący do Bolesława Chrobrego, swoisty bohater tej samej legendy. Z całego przekazu Galla Anonima o wydarzeniach w Kijowie prawdziwa była tylko owa nieszczęsna ich bohaterka, piękna i młodziutka kijowska księżniczka Predsława, najpierw brutalnie, niemal publicznie, zgwałcona, a potem jako nałożnica uprowadzona do obcego kraju przez polskiego chrześcijańskiego władcę.
0 x



ex-east
Posty: 1052
Rejestracja: wtorek 01 sty 2013, 20:57
x 2
x 82
Podziękował: 358 razy
Otrzymał podziękowanie: 1306 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: ex-east » czwartek 25 sie 2016, 22:33

I tacy to wlasnie byli owi chrzescijanscy krolowie Polskib-gwalciciele , mordercy ktorzy nawet wlasnej rodziny nie potrafili uszanowac (odmowa wymiany Predeslawy ). Nic dziwnego, ze Polakow nienawidzono w Kijowie , Czesi zniewazali grob krolewski a Prusacy potraktowali Szczerbiec jak zwyklyzlom ogragiwszy wczesniej z kosztownosci. Insygnia podarowane przez Zydow krolowi-gwalcicielowi o podwojnej moralnosci nie zaslugiwaly nablepsze potraktowanie. Ale Boleslaw Chrobry Krolemwielkim jest nadal wg podrecznikow szkolnych. Przeciwnie niz Zapomniany, polski Krol, ktory stanal na czele powstania slowianskiego ludu przeciwko chrzescijanskim najezdzcom - tego "grzechu" wybaczyc nie mozna bylo. Czy kiedys doczekamy sie jego rehabilitacji ?:- z pewnoscia jeszcze nie zabekipy "miloscielwie " panujacego Prezydenta Dudy , ktory urzadza na swietej gorze Slezy chrzescijanskie hucpy. Ale przy okazji potwierdzono , ze byly prowadzone wykopki pod posadzka kosciolka na Slezy i ze znaleziono tam ruiny starszego kosciola . O tym, ze znaleziono tez potezne, kamienne fundamenty slowianskiej budowli juz nie powiedza, ani o tym, ze to fundacja Cheopsa finansowala te wykopki tez zmilcza zapewne. Dobrze byloby Panu Prezydentowi podczas jego pobytu na Slezy wyswietlic film z YT w ktorym prof Lemnisiewicz zapowiada zbadanie przez laboratorium probek spoiwa z tych pradawnych fundamentow, aby uscislic wiek budowli szacowanej na ponad 2,5 tys lat. Dokumentacja zostala sfilmowana i ludzie pamietaja - tego sie pod dywan nie zamiecie, jak by pragneli straznicy podwojnej, chrzescijanskiej moralnosci.
1 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » czwartek 25 sie 2016, 23:33

Konflikt króla Bolesława Śmiałego z biskupem Stanisławem ze Szczepanowa

Bolesław Śmiały, król energiczny i zdecydowany, popierał reformy kościelne, wprowadzane przez papieża Grzegorza VII.
Uwikłany przez Kościół w wiele zewnętrznych sporów, mimo wewnętrznych knowań radził sobie z problemami. Odnosił kolejne sukcesy. Stanisława ze Szczepanowa król otaczał szczególną opieką: wspomagał w karierze materialnej i duchowej. Pomógł w uzyskaniu biskupstwa krakowskiego, dzięki czemu ten osiągnął potęgę finansową. Ambitnego i zawistnego Stanisława to nie satysfakcjonowało. Król drażnił biskupa niezależnością, nieskrępowaną radością życia. Po otrzymaniu biskupstwa krakowskiego Stanisław wraz z biskupem niemieckim Ottonem i Sieciechem stworzył opozycję przeciwko Bolesławowi. Biskupi nastawiali lud przeciw królowi. Skłócali oddane mu rycerstwo. Podjudzali przyjaciół, również żonę władcy Judytę nastawiali przeciwko Bolesławowi. Stanisław, czując się zupełnie bezkarny, wyłudzał od ludzi majątki (sprawa rycerza Piotrowina). Im więcej zdrad wobec Bolesława miał na sumieniu, tym bardziej króla o "grzeszne życie" oskarżał. W czasie wyprawy kijowskiej Bolesława biskup Stanisław wespół z Sieciechem, wspierani przez stronnictwo niemieckie Władysława Hermana i późniejszego króla Czech, chcieli zdetronizować władcę polskiego. Bolesław ukarał surowo zdradę swoich rycerzy. Biskup Stanisław, nie pociągnięty do odpowiedzialności, stanął w obronie zdrajców. Trawiony ślepą zazdrością wkrótce znalazł następny pretekst do zaatakowania króla. Bolesław z wyprawy kijowskiej przywiózł piękną brankę Lenę, w zapisach znaną pod imieniem Krystyna. Ta rozmiłowana była w królu, co wściekłość biskupa wywoływało okrutną. Sam był jurnym samcem i chciał jej wdzięków pokosztować. Branka jednak nieczuła pozostała na biskupie zaloty. Stanisław podstępem ją do siebie zwabił i okrutnie ciało jej okaleczył. W ten sposób chciał wziąć odwet na królu. I pokazać mu siłę Kościoła. To przepełniło miarę. Król postawił biskupa przed sądem, zarzucając mu wiele przewin, oszustw, zbrodni, zdradę państwa także okrucieństwo zadane niewinnej kobiecie. Sąd skazał biskupa na śmierć. Król dopilnował wykonania wyroku, a nie – jak podaje Kadłubek – sam zabił Stanisława. Sprawę natychmiast wykorzystał Sieciech. Doprowadził do spisku. Prawowity władca Bolesław, jego żona i syn Mieszko musieli uciekać na Węgry. W klasztorze Benedyktyńskim w Osjaku król został skrytobójczo zamordowany. Zyskał brat Bolesława – Władysław Herman, nowy władca. Po przejęciu rządów wprowadził politykę proniemiecką i prokościelną. Duchownych polskich wymieniał na niemieckich. Z Węgier sprowadził Mieszka i otruł go. Jak podaje Gall Anonim – lud płakał po otrutym synu Bolesławowym, bo człowiek to był szczególny. Większość niecnych czynów politycznych Władysława Hermana -to wynik podpowiedzi doradcy, biskupa bamberskiego Ottona.

W 1253 roku papież Innocenty IV kanonizował biskupa Stanisława. Kronika Wincentego Kadłubka posłużyła za dokument heroicznej świętości Stanisława oraz niezwyklych jego zasług dla Kościoła. Kościołowi nie przeszkadzało w uświęceniu Stanisława, że współcześnie żyjący z biskupem kronikarz Gall Anonim pisze o nim: "traditor" - czyli zdrajca. Tak Polska otrzymała przestępcę za patrona. :shock:
0 x



filiżanka
Posty: 356
Rejestracja: poniedziałek 24 cze 2013, 13:29
x 2
x 9
Podziękował: 661 razy
Otrzymał podziękowanie: 607 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: filiżanka » piątek 26 sie 2016, 16:30

Nie wiem co to za portret Elżbiety Batory ale jesli autor z równą starannością co twarz, suknię i dekoracje przedstawił dłonie tj. łapy szacownej to dość jasne jest co to za reptylka jest .
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » piątek 26 sie 2016, 22:29

https://www.youtube.com/watch?v=eL2h8Tilst8

Opublikowany 09.02.2015

Čachtice to niewielka miejscowość na Słowacji, w której na każdym kroku można natknąć się na wspomnienia o krwawej legendzie związanej z siostrzenicą króla Stefana Batorego.
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » poniedziałek 29 sie 2016, 00:13

UKŁAD Z ALLSTEDT
Andrzej Zieliński

Było to w roku 1040. Do Allstedt przybyli posłowie Jarosława Mądrego, wielkiego księcia Rusi Kijowskiej, na bardzo ważne rozmowy z cesarzem niemieckim Henrykiem III. Jeśliby wyrazić rzecz językiem współczesnym, chodziło w nich o ostateczne ustalenie strefy wpływów w Europie Wschodniej. Oba państwa ze sobą nie sąsiadowały. Rozdzielały je Czechy i Polska. W Allstedt nie dyskutowano o całkowitym zlikwidowaniu tych krajów i ustanowieniu bezpośredniej ze sobą granicy, lecz próbowano określić, jakie zagrożenie stanowić mogłyby dla interesów ruskich i niemieckich silne Czechy czy silna Polska.
W Czechach właśnie umacniał swoją władzę książę Brzetysław I. Po udanej wyprawie na Polskę, jej spustoszeniu i ograbieniu przyłączył do swojego państwa Małopolskę aż po Pilicę oraz cały Śląsk. Zgłaszał również pretensję do części Rusi Słowackiej, będącej wtedy we władaniu Kijowa, a ponadto do Karyntii oraz do innych ziem znajdujących się dotychczas tradycyjnie w orbicie bezpośrednich wpływów cesarstwa niemieckiego.

Natomiast w Polsce rósł w siłę niedoceniany początkowo przez nikogo Miecław (znany także jako Masław, Mojsław, Miesław), dawny cześnik, a potem wojewoda Mieszka II i Bolesława II Zapomnianego, prawdopodobnie mąż jednej z nieślubnych córek Bolesława Chrobrego i Predsławy. W czasie gdy na ziemiach polskich pojawiało się wielu lokalnych uzurpatorów zwanych pogardliwie poronionymi książętami, on został oficjalnie władcą Mazowsza i faktycznie sprawował wkrótce kontrolę nad prawie połową dawnego polskiego państwa. Dzięki sojuszom zawartym z plemionami pruskimi i litewskimi blokował bardzo skutecznie ekspansję Rusinów na ziemie północne. Szukał także porozumienia z Pomorzanami, uznawanymi przez cesarstwo za mieszkańców jego strefy wpływów. Z każdym niemal dniem mazowiecki władca stawał się coraz bardziej niebezpieczny, tak dla Rusi, jak i dla cesarstwa. Zagrażał samym swoim istnieniem żywotnym interesom obu potężnych sąsiadów.

Miecław wypłynął z zamętu, jaki powstał w Polsce po wybuchu rebelii neopogańskiej, nasilającej się jeszcze bardziej po śmierci króla Bolesława II Zapomnianego. Nie był jednak żadnym człowiekiem znikąd, jak to próbuje się niekiedy przedstawić. Jeden z panów płockich, imieniem Masław, człowiek wielkiego rozumu, podczaszy Mieczysława, niegdyś króla polskiego, nadał tej ziemi [Mazowszu] nazwisko od imienia swego i któren przewyższając innych urodzeniem i rozumem, pierwszym był dowódcą wygnania Ryksy i Kazimierza, przywłaszczywszy sobie łatwo w czasie powszechnego nieładu najwyższą władzę, purpurę przywdział i sam się książęciem zrobił, za zezwoleniem jednych, a uległością drugich - można przeczytać w Kronice Lechitów i Polaków napisanej przez Godysława Baszko. Kraj pogrążony był wtedy w ogromnym chaosie, wywołanym powstaniem antychrześcijańskim, spotęgowanym jeszcze łupieżczym najazdem czeskiego władcy Brzetysława I. Jedynym rejonem państwa, który oparł się owej rebelii, było właśnie Mazowsze, rządzone silną ręką przez Miecława. To tam uciekali wszyscy zagrożeni rebelią, tam mieli poczucie bezpieczeństwa, tam formowane były liczne oddziały wojsk, w tym także pieszych, złożonych z mieszkańców wsi. Nie można wykluczyć, że do Miecława garnęli się także dawni członkowie drużyny książęcej Mieszka II. Znali go przecież jako cześnika królewskiego. Już podczas najazdu Brzetysława I władca Mazowsza dysponował tak dużą siłą zbrojną, że czeski książę nie chciał ryzykować próby wtargnięcia na jego ziemie. Ominął starannie państwo Miecława szerokim łukiem i wycofał się ze wszystkimi zdobytymi łupami i jeńcami do Pragi, urządzając sobie tam triumfalny wjazd na modłę dawnych rzymskich cesarzy.

Bardzo niechętny Miecławowi Jan Długosz w Rocznikach, czyli kronice sławnego Królestwa Polskiego mimo woli, wbrew swojemu negatywnemu stosunkowi do mazowieckiego władcy, wystawił mu zdecydowanie pochlebną opinię. Znając już późniejsze losy Miecława, Jan Długosz pozostawił nam taką oto jego charakterystykę:
...Człowiek wybijający się bardziej zewnętrznymi walorami niż cnotą. Opętany nadmierną żądzą stawy i władzy, w okresie bezkrólewia i opisanych wyżej zamieszek domowych przywdział purpurę, objął władzę księcia i bezprawnie przywłaszczył sobie odznaki książęce, gotów podjąć walkę orężną, gdyby go zaatakowano. Wsparty posiłkami pruskimi obiecywał sobie więcej, niż mu na to pozwalały jego warunki. Nie zdając sobie sprawy ze swych możliwości, wyobrażał sobie, że ma skrzydła Ikara. Żadną przeszkodą nie było dla niego wspomnienie dobrodziejstw doznanych przez niego ze strony polskiego króla Mieczysława (...). Wynosi się do godności księcia i przywłaszcza sobie władzę nad wszystkimi, najpierw przez upominanie i zachęcanie poszczególnych obywateli, następnie przez rzekome naprawianie tego wszystkiego, co uległo zniszczeniu. Usunąwszy nadto zewsząd wszystkich chciwych łupu, rabusiów i tych, co płonęli żądzą władzy i wyniesienia swego stanu, w krótkim czasie zdobył u mieszkańców ziemi płockiej wpływy i dobre imię. Stwarzając sprytnie pozory wszystkimi swoimi słowami i czynami, zjednał sobie ludność Mazowsza. Próżnymi obietnicami uzyskał to, że uznano go panem i księciem. Nietrudno było pochwycić władzę wtedy, kiedy wszyscy drżeli o całość państwa i straciwszy w tej dziedzinie wszelką nadzieję, zwrócili się do ratowania mienia prywatnego i pomocy w tej sprawie żądali od każdego.

Po odrzuceniu wszystkich złośliwości kronikarza mamy tu ostatecznie do czynienia z bardzo pozytywnym portretem męża stanu, który w tamtych czasach bezkrólewia i pożogi wywołanej rebelią neopogańską i najazdem czeskiego księcia skutecznie zaprowadzał ład i porządek na ziemiach, którymi władał. I co najważniejsze, jego działalność była wtedy przez poddanych powszechnie akceptowana. To właśnie do Miecława uciekano, jako się rzekło, ze wszystkich zakątków kraju zarówno przed rebelią antychrześcijańską, jak i przed czeskimi najeźdźcami. Mazowsze, którym rządził, stawało się w tamtych czasach zamętu i chaosu, licznych, efemerycznych miniksięstewek, niekwestionowaną ostatnią ostoją polskiej państwowości. Kronikarz napomknął także, jakby mimochodem, że władca len dysponował znaczną siłą militarną. „Zapomniał" jeszcze dodać, że w pierwszej połowie XI wieku kraina Miecława w odróżnieniu od reszty Polski przeżywała okres wyraźnego rozwoju gospodarczego. Ten rozwój Mazowsza potwierdzają pośrednio odkrycia srebrnych monet z tego okresu. To właśnie w dawnej dzielnicy Miecława tych odkryć było i ciągle jest najwięcej w porównaniu z innymi rejonami Polski. Być może przywieźli je tam ze sobą uciekinierzy przed rewoltą neopogańską, ale taka ich obfitość wskazuje, zdaniem archeologów, przede wszystkim na ożywione kontakty handlowe. W końcu był to region leżący na dawnym bursztynowym szlaku handlowym łączącym przez Wisłę i Bug Morze Bałtyckie z Morzem Czarnym. Miecław, systematycznie włączając do swojego państwa nowe rejony Kujaw i Wielkopolski, stawał się coraz silniejszy. Czuł się na tyle mocny, że zaczął regularnie odbijać północne skrawki Małopolski, zagarniętej przecież przez Brzetysława I. Przestawał być mało znanym lokalnym książątkiem na ziemiach wzdłuż środkowej Wisły. Traktat sojuszniczy z Miecławem zawarli wkrótce również Pomorzanie, a to już byli przecież bezpośredni sąsiedzi cesarstwa niemieckiego. Ambitny książę Mazowsza mógł zatem zostać władcą całej Polski. Jan Długosz napisał o Miecławie, że był opętany żądzą sławy i władzy, wyobrażał sobie, że ma skrzydła Ikara. Rzeczywiście mierzył bardzo wysoko, ale przecież miał pełne prawo do takich marzeń. Nikt poza nim nie oparł się na pol-skich ziemiach neopogańskiej rebelii. Nie wpuścił na Mazowsze Brzetysława I. Posiadał własne wojsko, podobno bił nawet własną monetę, zawierał sojusze i prowadził skuteczne akcje zbrojne. Rósł w ten sposób w siłę i znaczenie. Stawał się władcą ponadregionalnym, z którym należało się liczyć. Stać go było na to, by reaktywować silne państwo polskie.

Ta sytuacja zagrażała interesom zarówno Rusi Kijowskiej, jak i niemieckiego cesarstwa.
Obydwa umawiające się w Allstedt państwa chciały zachować na wszelki wypadek, do czego się oficjalnie nie przyznawały, swego rodzaju strefę buforową oddzielającą od siebie ich granice. Taką możliwość stwarzało istnienie niewielkiego państwa polskiego. Najlepiej jednak, gdyby było ono zależne od obu, potężnych wtedy, sąsiadów. Podobne oczekiwanie formułowano zresztą wobec państwa czeskiego. Kandydatura Miecława na polskiego władcę dla Rusi Kijowskiej była absolutnie nie do przyjęcia. Nie akceptował jej też cesarz niemiecki. Przekazanie władzy nad Polską jakiemuś ruskiemu kniaziowi czy niemieckiemu margrabiemu nie wchodziło w grę, tak samo jak umacnianie Czechów kosztem naszych ziem. W tej sytuacji na cesarskim dworze przypomniano sobie o Rychezie, siostrzenicy Henryka III. Była przecież królową Polski, a w dodatku żyło jeszcze dwóch jej synów. Co prawda obaj byli zakonnikami, lecz to w końcu nie stanowiło największej przeszkody. Wprawdzie o losach najmłodszego, Włodzisława, opata tynieckiego, niewiele było wiadomo, być może nawet nie przeżył rebelii lub czeskiego najazdu. Ale za to z Kazimierzem Karolem, zakonnikiem w Cluny, swoim ukochanym synem, Rycheza utrzymywała nieustanne kontakty. Poza tym jej matka i rodzina gotowe były finansowo i militarnie wesprzeć osadzenie księciazakonnika na polskim Ironie. Tego władcę mogły również zaakceptować oba państwa ościenne. Skoro już wszystko zostało ustalone, nadszedł czas działania. Zwolnienie ze ślubów zakonnych w tamtych czasach zależało praktycznie tylko od wysokości kwoty, jaką zainteresowani byliby skłonni wesprzeć swoją prośbę złożoną do Stolicy Apostolskiej. Dlatego książę Kazimierz Karol został przez papieża Benedykta IX bardzo szybko z takich ślubów uwolniony i nic już nie stało na przeszkodzie, aby sięgnął, jako pełnoprawny spadkobierca piastowskiej dynastii, po władzę w Polsce. Musiał jednak uporać się z bardzo poważną przeszkodą państwem Miecława.

Obie umawiające się w Allstedt strony uzgodniły plan działania. Książę Kazimierz Karol wkroczy do Polski na czele niemieckich hufców zwerbowanych przez matkę i jej rodzinę, a jednocześnie wojska ruskie uderzą na Mazowsze. Taki plan zaatakowania Miecława z dwóch stron miał pełne szansę powodzenia, sprawdził się zresztą w pełni w nie tak odległej przeszłości, gdy zmuszano króla Mieszka II do ucieczki z kraju. Teraz liczono na podobny efekt. Zawiódł jednak tym razem wielki książę Rusi Kijowskiej Jarosław Mądry. Uwikłany w wojnę z Bizancjum, nie doceniwszy przy tym siły wojsk Miecława, wysłał przeciwko niemu księcia Włodzimierza Wołyńskiego, który w 1040 roku zorganizował słynną „wyprawę na łodziach". Załadował mianowicie swoje wojska na łodzie i Bugiem spłynął nimi na Mazowsze. Czy łodzi tych było za mało, czy też wojska, jakimi dysponował, okazały się niezbyt waleczne, w każdym razie wyprawa ta zakończyła się klęską księcia Włodzimierza już w pierwszym poważniejszym starciu z Mazowszanami.
Miecław nie miał jednak zbyt wiele czasu na świętowanie zwycięstwa, gdyż w Wielkopolsce równocześnie pojawił się już książę Kazimierz Karol, który wysłał do niego posłów z żądaniem przybycia do Poznania i uznania księcia za jedynego władcę całej Polski. Książę Mazowsza, który wcześniej aktywnie uczestniczył w wypędzeniu Rychezy i Kazimierza z kraju, oczywiście odmówił. Wspierany przez Prusów, Jadźwingów i Litwinów wyruszył za to natychmiast wszystkimi swoimi siłami przeciwko Kazimierzowi Karolowi, aby w bezpośrednim starciu zbrojnym rozstrzygnąć ostatecznie kwestię władzy w Polsce.

Do starcia obu pretendentów doszło w 1041 roku w Pobiedziskach. Zaciężne wojska niemieckie, wsparte nielicznymi oddziałami polskiego rycerstwa, po bardzo krwawej bitwie pokonały armię Miecława. Nic to jednak nie zmieniło na mapie politycznej Polski. Książę Kazimierz Karol nie był w stanie kontynuować wojny przeciwko władcy Mazowsza, ten zaś szybko wycofał się nad Wisłę i zaczął organizować nowe sojusze militarne. Przez kilka następnych lat odbudowywał swoją armię i zawierał kolejne porozumienia wojskowo--gospodarcze ze swymi tradycyjnymi sprzymierzeńcami. Nasilił również zaczepne działania przeciwko Czechom zajmującym ciągle znaczną część Polski, urywając systematycznie coraz większe skrawki północnych terytoriów okupowanych przez nich ziem. Prowokował w ten sposób Brzetysława I, licząc, że postępowaniem takim uzyska poparcie ze strony wielu polskich możnowładców, którzy odstąpią od księcia Kazimierza wobec nowego zagrożenia czeskim atakiem, ale książę Brzetysław nie kwapił się do wojny z Miecławem. Taka jednak sytuacja faktycznie umacniała władcę Mazowsza, zjednywała mu uznanie, a przede wszystkim zagrażała realizacji ustaleń z Allstedt. Wówczas do bezpośredniej wojny z Miecławem przystąpił wielki książę Jarosław Mądry. Zakończywszy wojnę bizantyjską, zgromadził wszystkie swoje doborowe siły, łącznie ze słynną z dzielności drużynę normandzką. Po fatalnych doświadczeniach z „wyprawą na łodziach" nie działał tym razem pochopnie. W pełni już doceniając siłę Miecławowych wojsk, kijowski książę zażądał od cesarza oficjalnego równoległego mocnego wsparcia militarnego dla księcia Kazimierza Karola oraz pełnej koordynacji działań wojennych. Cesarz Henryk III tymczasem najechał Czechy i zmusił Brzetysława I do oddania księciu Kazimierzowi Karolowi znacznej części polskich ziem zagarniętych w 1038 roku (bez Śląska i Moraw). Zobowiązał także Brzetysława do wypuszczenia tych wszystkich polskich jeńców, których czeski książę nie zdążył jeszcze sprzedać, a także zażądał, już dla siebie, polskich skarbów wywiezionych z naszego kraju. Osłabiło to znacznie państwo czeskie. Natomiast polski książę odzyskał dawne ziemie, co pozwoliło mu nie tylko na stworzenie odpowiedniej bazy polityczno-terytorialnej do reaktywowania państwa, ale również na zwiększenie swojego prestiżu oraz potencjału militarnego. Po jego stronie opowiedzieli się w tej sytuacji wszyscy małopolscy zwolennicy kontynuowania piastowskiej dynastii, żądając jednak, w zamian za owo poparcie, nowych, znacznych przywilejów. To właśnie wtedy książę Kazimierz Karol przyrzekł możnowładcom, że po zwycięstwie nad Miecławem nie zostanie władcą autokratycznym, lecz tylko „pierwszym wśród równych", i że będzie uzgadniał zawsze z pozostałymi „równymi" wszystkie najważniejsze decyzje państwowe, uwzględniając przy tym także ich ewentualne zdanie przeciwne.

Zagrożony Miecław, poza tradycyjnymi sojusznikami, plemionami pruskimi i litewskimi, zwrócił się o pomoc militarną do Pomorzan. Czas jednak pracował na korzyść księcia Kazimierza Karola. Nie zaatakował on Mazowsza od razu, zajął się żmudnym odzyskiwaniem dawnych polskich terenów. Dopiero w 1047 roku był gotowy do rozstrzygającej walki o władzę w Polsce. Panował wtedy nad Małopolską, częścią Wielkopolski i Pomorza, a zatem nad terytorium znacznie już większym niż państwo Miecława.
Cesarz Henryk III zaoferował mu ponownie pomoc zbrojną. Znacznego wsparcia militarnego udzieliły mu również matka i jej rodzina, po raz kolejny finansując dodatkowy zaciąg niemieckich rycerzy. Jednocześnie, za obietnicę odstąpienia mu Podlasia, wielki książę kijowski Jarosław Mądry wyraził gotowość wkroczenia całą swoją potęgą zbrojną na Mazowsze.
Od południa i od wschodu ruszyły na Mazowsze dwie armie, które połączyły się pod Ostrowią Mazowiecką. Tam czekał już na nie Miecław, wsparty zbrojnie przez Prusów i Litwinów. Zgromadzone przez niego wojska liczebnością dorównywały armii księcia Kazimierza. Przewaga uzbrojenia była jednak po stronie wojsk kijowskich i kazimierzowskich. Poza tym nie dotarły jeszcze na Mazowsze sojusznicze posiłki z Pomorza. Zabrakło im dosłownie kilku dni.
Bitwa pod Ostrowią była krwawa, a jej losy ważyły się dość długo. Przez moment nawet groźba utraty życia zawisła nad księciem Kazimierzem Karolem. O ostatecznym wyniku starcia zdecydował skuteczny atak wojsk ruskich. Jarosław poszedł na Mazowszan i kniazia ich zabił Mojsława, upoko¬rzył ich Kazimierzowi - zanotował potem w swojej Powieści minionych łat bardzo rzetelny wielki ruski dziejopis Nestor.

Gali Anonim napisał wprawdzie, że po stronie polskiej walczyły tylko trzy hufce wojowników przy trzydziestu hufcach Miecława, ale miał zapewne na myśli tylko oddziały polskiego rycerstwa. Nie policzył kronikarz natomiast wojsk sojuszniczych, choć wcześniej wspominał na przykład o pięciuset rycerzach, co stanowiło wówczas siłę pięciu hufców niemieckich, darowanych na tę wyprawę polskiemu księciu przez cesarza Henryka III. Nie napomknął też o ewentualnych posiłkach dostarczonych księciu przez Rychezę i jej rodzinę. Pominął całkowicie udział w tej bitwie wojsk Jarosława Mądrego. Gali bitwę pod Ostrowią Mazowiecką przedstawił jako druzgocące zwycięstwo odniesione z wyraźną pomocą boską, w dodatku wyłącznie przez bardzo nieliczne polskie rycerstwo. W ślad za pierwszym naszym dziejopisem także Jan Długosz dostrzegł w ostatecznym rozstrzygnięciu bitwy przede wszystkim pomoc z niebios, zwłaszcza polskich świętych ze świętym Wojciechem na czele. Nie wypadało przecież kronikarzowi napisać, że książę Kazimierz Karol odniósł zwycięstwo i został nowym władcą Polski dzięki ruskim i niemieckim - jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli - bagnetom, a wtedy tarczom i mieczom. Tym bardziej że we wcześniejszych polskich kronikach, księcia Bezpryma, pierworodnego syna Bolesława Chrobrego, potępiono i okrzyk-nięto pierwszym zdrajcą narodu dokładnie za taką samą pomoc obu tych państw w dojściu do władzy. Wygodniej zatem i bezpieczniej było Janowi Długoszowi odwołać się teraz do ingerencji sił nadprzyrodzonych, przemilczając faktyczne, militarne źródła tego zwycięstwa. Miecław, według zapisków Nestora, zginął w tej bitwie. Jan Długosz utrzymywał, że uciekł z pola bitwy i został potem powieszony przez swoich pruskich sojuszników. Mazowsze przyłączono do ziem księcia, którego nazwano potem Kazimierzem Odnowicielem. Wincenty Kadłubek, bez podania źródła tej informacji, napisał, że Miecław uciekł z pola bitwy do swoich wypróbowanych sojuszników w Prusach, tam jednak uznano go za winnego klęski i zagłady pruskich wojsk, torturowano i wreszcie powieszono na suchej gałęzi (...) co było sprawiedliwą zemstą Bożą. Bo tak przecież powinien kończyć życie każdy uzurpator. Pomorskie spóźnione posiłki zostały kilka dni po bitwie pod Ostrowią zmuszone przez koalicyjne siły do odwrotu.
Walka o panowanie w Polsce dobiegła końca.

Po bitwie pod Ostrowią Mazowiecką obie strony dopełniły ostatecznie wszystkich warunków układu z Allstedt. Nowy władca Polski zachował się bardzo lojalnie wobec tych, którzy pomogli mu objąć samodzielną władzę. Zrezygnował z prawa do Grodów Czerwieńskich i ze znacznej części Podlasia /obowiązał się do zachowania pełnej neutralności podczas podbijania przez Jarosława Mądrego plemion pruskich i litewskich. Zachował także wdzięczność wobec cesarza za udzieloną pomoc.
Pomimo usilnych zabiegów matki na cesarskim dworze, i także osobistej, złożonej na ręce cesarza Henryka III prośby, książę Kazimierz Odnowiciel nigdy nie otrzymał zezwolenia na staranie się o królewską koronę. Nie przewidziano bowiem takiej możliwości w układzie z Allstedt. Polska miała na zawsze pozostać księstwem buforowym, a nie żadnym królestwem, które mogłoby, z czasem zgłaszać jakieś konkretne pretensje terytorialne wobec sygnatariuszy układu. Zrozumiał to w końcu Kazimierz Odnowiciel i zajął się przede wszystkim skuteczną odbudową kraju w tych granicach, na jakie mu pozwolono. Za czasów jego panowania układ z Allstedt nie został ani przez Polskę, ani wobec Polski naruszony w żadnym z ustalonych wtedy punktów.
Z układem tym po objęciu władzy w Polsce zerwał przy pierwszej okazji całkowicie dopiero syn Kazimierza Odnowiciela, król Bolesław Śmiały. Nie tylko uniezależnił się od cesarstwa, zakładając szybko, z papieską aprobatą, królewską koronę, ale również, po udanej wyprawie kijowskiej, odzyskał dla Polski Grody Czerwieńskie.
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » poniedziałek 12 wrz 2016, 23:26

ZŁOWIESZCZE PRELUDIUM ROZBIOROWE
Andrzej Zieliński

Przypadkowy król. Korona z żołdu szwedzkich wojsk. Frymarczenie
ziemią Rzeczypospolitej. Nieszczęsna Kurlandia. Podole dla Turcji?
Instrukcja rozbiorowa przekazana pruskiemu królowi.



Dwóch królów Rzeczypospolitej. Saksończyk i Polak. Obaj, by utrzymać polski tron, targnęli się na największe dobro kraju - na jego integralność terytorialną. Obaj także królami zostali w bardzo niecodziennych okolicznościach.
Fryderyk August swój wybór zawdzięczał, jak już wcześniej pisałem, przekupstwu podczas tak zwanej podwójnej elekcji w 1697 roku. Korzystając z nieobecności legalnie wybranego elekta, wkroczył na czele saskich wojsk do Polski i doprowadził do swojej koronacji.
Natomiast Stanisław Leszczyński królem został przez abso-lutny przypadek. Czternastego lutego 1704 roku zawiązana została konfederacja warszawska, której celem było zrzucenie z tronu Augusta II. Konfederaci wysłali delegację do Lidzbarka Warmińskiego, gdzie wówczas przebywał ze swoimi wojskami król szwedzki Karol XII, wielki zwycięzca pierwszej fazy wojny północnej. Delegacja miała przekonać szwedzkiego monarchę, iż znaczna część polskiego społeczeństwa, czyli szlachty i magnatów, nie akceptuje saskiego elektora na polskim tronie i chętnie, zgodnie z podstawowym celem zawiązanej konfederacji, pozbyłaby się Augusta II, ale chciałaby tego dokonać tylko w ścisłym sojuszu z potężnym szwedzkim sąsiadem. Na czele tej delegacji postawiono wojewodę poznańskiego Stanisława Leszczyńskiego.
Karol XII zamierzał pierwotnie, po usunięciu siłą Saksończyka z polskiego tronu, przydzielić koronę jednemu z synów Jana III Sobieskiego. Zamiary te pokrzyżował mu jednak August II. Porwał i uwięził w twierdzy Koenigstein Jakuba i Konstantego Sobieskich, natomiast Jan Aleksander, trzeci z synów króla Jana III, nie chcąc w jakikolwiek sposób zaszkodzić uwięzionym braciom, odmówił przyjęcia polskiej korony z rąk szwedzkiego monarchy.

W tej sytuacji Karol XII przystał na propozycję wielkopolskich konfederatów, a że nie miał własnych pomysłów personalnych, zaproponował, jako tymczasowego polskiego króla, do czasu uwolnienia Jakuba Sobieskiego, magnata stojącego na czele delegacji. Po prostu Stanisław Leszczyński był pierwszym, który znalazł się wtedy pod królewską ręką.
W wizji Karola XII kandydat na polskiego króla powinien być wykształcony i umieć się poruszać na światowych salonach, natomiast w sprawach politycznych i militarnych miał pozostać całkowicie mu uległy. Stanisław Leszczyński spełniał te wymagania. Propozycja założenia królewskiej korony zaspokajała jego próżność. Nieważne, że koronę dostawał z rąk obcego władcy, bezprawnie przebywającego ze swoim woj-skiem na polskich ziemiach. Nie miało dla niego znaczenia, iż konfederacja przeciwników Augusta II była zdecydowanie mniej liczna od grona zwolenników saskiego elektora, a zatem każdy akceptowany przez nią monarcha musiał być uzależniony od zagranicznej zbrojnej pomocy. Młody magnat wielkopolski nie zastanawiał się nawet przez moment. Posłaniec konfederatów zupełnie niespodziewanie wracał z Lidzbarka z nominacją na polskiego króla. Wprawdzie tymczasowego, ale nigdy nawet nie próbował zrezygnować z tronu i korony na rzecz Jakuba Sobieskiego.
Ten tron i koronę nadał Stanisławowi Leszczyńskiemu ostatecznie sejm elekcyjny w Warszawie, obradujący na wszelki wypadek pod czujnym okiem szwedzkich wojsk dowodzonych przez generała Arvida Horna. Wybór nowego króla proklamował biskup poznański Mikołaj Święcicki, gdyż prymas Michał Radziejowski, zwolennik Augusta II, odmówił udziału w przeprowadzanej w takim trybie elekcji.
Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Stanisław Leszczyński w czasie tak zwanej podwójnej elekcji opowiedział się... po stronie Fryderyka Augusta, który potem, jako polski król August II, mianował go w nagrodę podczaszym koronnym, a niebawem (po śmierci jego ojca) wojewodą poznańskim. No cóż. Nie on jeden przecież zmieniał poglądy i sojusze wobec wizji korony.
Problem samej koronacji, która odbyła się 3 października 1704 roku po raz pierwszy w Warszawie, a nie, jak to tradycyjnie od wieków było w zwyczaju, w katedrze krakowskiej, w prosty, żołnierski sposób rozwiązał władca Szwecji. Skoro wszystkie insygnia koronacyjne polskich królów znajdowały się w rękach elektora saskiego, nakazał swoim złotnikom z Uppsali... wykonać tymczasowe, jak się to za chwilę okaże, korony dla Stanisława Leszczyńskiego i jego żony Katarzyny z Opalińskich. Koronacji warszawskiej dokonał arcybiskup lwowski Konstanty Zieliński, a nie jak zawsze dotąd prymas Polski.
Faktycznie koronę zafundowały polskiemu królowi... wojska szwedzkie. Za jej wykonanie Karol XII zapłacił bowiem żołnierskim żołdem. Pożyczył od własnej armii stosowną kwotę i zapłacił złotnikom za sporządzenie koron dla polskiej pary królewskiej. Natychmiast po akcie koronacyjnym obie korony, króla i królowej, zostały im odebrane i powróciły do Szwecji, gdzie niezwłocznie przetopiono je na obiegowe monety, by wypłacić któremuś z pułków zaległe należności.
Stanisław Leszczyński wprawdzie fizycznie korony już nie posiadał, ale czuł się prawowitym władcą kraju. Szybko okazało się, że sprawowanie władzy królewskiej było najgłówniejszym celem nowego elekta. Dla jej zachowania nie cofał się przed niczym. Gwarancją jego lojalności wobec Karola XII było zamieszkanie jego rodziny w Szczecinie, należącym wówczas do Szwecji.
Na każdym kroku zresztą podkreślał swoją wdzięczność wobec szwedzkiego króla. Zaproponował mu nawet podarunek w postaci księstwa Kurlandii należącego wtedy do Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Taka próba dobrowolnego uszczuplania terytorium królestwa oczywiście nie zjednywała mu zwolenników w Polsce i niejako automatycznie powiększała szeregi osób popierających Augusta II.
Niestety, szeroki gest Stanisława Leszczyńskiego, szybko przez przeciwników nagłośniony, zapoczątkował frymarczenie terytorium Rzeczypospolitej.

Na wieść o elekcji protegowanego Karola XII i jego propozycjach terytorialnych król August II przedstawił Prusom i Rosji swój projekt podziału Polski, w którym Rosja miała otrzymać Litwę, a Prusacy całe Prusy Królewskie. Nie był to jego autorski pomysł. Podsunął go królowi Johann Reinhold Patkul, szwedzki generał renegat w służbie cara Piotra Wielkiego. Była to pierwsza propozycja znacznego rozbioru Polski. Niewiele to pomogło, gdyż Karol XII szybko działaniami militarnymi wypędził Augusta II z Polski, wkroczył do Saksonii i w roku 1706 zmusił go do zrzeczenia się polskiej korony. Następna oferta oddania części polskiego terytorium wyszła znowu ze strony Stanisława Leszczyńskiego. Po klęsce Karola XII pod Połtawą prowadził pertraktacje z sułtanem tureckim, w czasie których, w zamian za pomoc militarną pozwalającą mu utrzymać się przy władzy, deklarował oddanie Turcji całego Podola.
We wszystkich tych przypadkach byłoby to złamanie obowiązującego w Rzeczypospolitej prawa zakazującego zarówno królowi, jak i sejmowi, bez względu na przyczynę, cedowania miasta czy części kraju obcym władcom, a nawet własnym obywatelom.
Nie zrażało to jednak obu królów. Po bitwie połtawskiej z kolejną propozycją uszczuplenia Rzeczypospolitej wystąpił w Warszawie August II. W zamian za oddanie królowi pruskiemu całych polskich Prus, a carowi rosyjskiemu Żmudzi i Białorusi chciał z ich pomocą zaprowadzić własne dziedziczne i absolutne rządy w Polsce. Nie doszło do sfinalizowania tego zamiaru dzięki Karolowi XII, któremu skuteczniej niż Leszczyńskiemu, w dodatku bez żadnych obietnic terytorialnych, udało się doprowadzić do wojny Turcji z Rosją, w której wyniku po przegranej bitwie nad Prutem, car Piotr I zmuszony został do wycofania swoich wojsk z Rzeczypospolitej.
August II pozostał w Polsce i w wyniszczającej kraj wojnie domowej umacniał swoją władzę. Król Stanisław udał się do Szwecji, gdzie rezydował w miasteczku Kristianstad. Tam postanowił abdykować, na co nie wyraził zgody Karol XII.
Abdykacja, w formie takiej, jak wymyślił sobie Stanisław Leszczyński, nie miała być prostym tylko zrzeczeniem się tronu. Za swoją decyzję spodziewał się wysokiej gratyfikacji, pozwalającej mu na dalsze życie na poziomie godnym królewskiego dworu. Nie wahał się proponować zarówno Szwecji, jak i Prusom czy Rosji księstwa Kurlandii w zamian za regularne wypłacanie mu dożywotnio, w charakterze swoistej renty, odpowiedniej kwoty pieniężnej. Żadne z tych państw nie wyraziło na to zgody, licząc, że wkrótce i tak uda im się przyłączyć ową nieszczęsną Kurlandię do swoich terytoriów.
Pierwszego lutego 1733 roku zmarł August II. Sprawa pol-skiego tronu stała się na powrót otwarta. Stanisław Leszczyński przebywał już wówczas we Francji, jako teść Ludwika XV. Szwedzi nie zaangażowali się w jego powrót do Polski. Francuzi natomiast, obiecując Leszczyńskiemu poparcie, zażądali, aby został on ponownie wybrany królem przez sejm elekcyjny. Rosja z kolei wsparła kandydaturę Fryderyka Augusta II Wettina, syna poprzedniego polskiego króla Augusta II.
Stanisław Leszczyński postanowił jednak podjąć walkę o polski tron. Po wielu perypetiach związanych z dotarciem do kraju 12 września 1733 roku prymas Teodor Potocki obwieścił w Sejmie, że posłowie jednogłośnie wybrali ponownie Stanisława Leszczyńskiego na króla Polski. Tymczasem w granicach Rzeczpospolitej pojawił się ze swoimi wojskami drugi pretendent, Saksończyk Fryderyk August II. Do Polski zaczęły wkroczyły wojska rosyjskie. Zagrożony Leszczyński opuścił Warszawę i 2 października schronił się w bardzo życzliwym mu Gdańsku, aby tam biernie czekać na przybycie zbrojnej pomocy francuskiej lub szwedzkiej, umożliwiającej mu faktyczne sprawowanie królewskiej władzy.
Sytuację wykorzystali zwolennicy Saksończyka. Piątego października w podwarszawskiej wsi Kamień na praskim brzegu Wisły, pod osłoną wojsk rosyjskich, zawiązali drugi sejm elekcyjny, na którym polską koronę ofiarowali elektorowi saskiemu. Przyjął on imię Augusta III. Wojska saskie wspólnie z rosyjskimi wyruszyły natychmiast w stronę Gdańska, aby uwięzić Stanisława Leszczyńskiego.
Miasta obiegły wojska rosyjskie. Wobec przyłączenia się do Saksończyka polskich i litewskich hetmanów wraz z wojskami, co uniemożliwiało jakąkolwiek odsiecz, zagrożony dostaniem się do rosyjskiej niewoli Stanisław Leszczyński w chłopskim przebraniu uciekł z miasta do Prus, do Kwidzyna. Po ucieczce króla Gdańsk natychmiast skapitulował przed nowym polskim monarchą.
Z Kwidzyna, gdzie ukrywał się pod nazwiskiem pułkownika Seebacha, Stanisław Leszczyński wysłał pismo do króla pruskiego Fryderyka Wilhelma I z prośbą o udzielenie mu azylu. Azyl ten otrzymał wraz z zaproszeniem na królewski dwór do Królewca.
Tam Stanisław Leszczyński, ujęty życzliwością i gościną, złożył Fryderykowi Wilhelmowi I kolejną propozycję uszczuplenia terytorium Rzeczypospolitej, choć Ludwik XV, znając już, jak widać, doskonale swojego teścia, natychmiast wysłał do Królewca swojego przedstawiciela, kanonika Langlois z Combrey, który miał powstrzymywać lekkomyślnego króla przed zbyt daleko idącymi zobowiązaniami wobec pruskiego króla. Była to, niestety, ze strony francuskiego monarchy misja spóźniona. Stanisław Leszczyński zdążył już złożyć w Królewcu kolejną deklarację dotyczącą zmiany granic Rzeczypospolitej. Tym razem w zamian za pomoc w odzyskaniu tronu i korony przyrzekł w imieniu państwa polskiego odstąpić szeroki korytarz łączący Prusy Książęce z Pomorzem Środkowym. (Warto w tym miejscu przypomnieć, że dwieście lat później o taki właśnie korytarz wybuchła druga wojna światowa). Jeden z synów Fryderyka Wilhelma I miał otrzymać jako lenno księstwo Kurlandii, wyraźnie przez Stanisława Leszczyńskiego uznawane, nie wiedzieć dlaczego, za całkowicie zbędny rejon Rzeczypospolitej. Hojność polskiego króla objęła także... graniczące z pruskim państwem terytoria szwedzkie, które - chociaż nie należały przecież do jego królestwa - chciał także wspaniałomyślnie oferować swojemu gościnnemu gospodarzowi.
Frymarczenie polskimi terytoriami nie było największym złem, jakie ten król wyrządził Polsce. Otóż podczas pobytu w Królewcu Stanisław Leszczyński, absolutnie nieprzymuszany, z dobroci serca lub prostej naiwności, aby nie powiedzieć - głupoty, bardzo szczegółowo poinformował pruskiego monarchę, w jaki sposób skutecznie obejść obowiązujący w Rzeczypospolitej bezwzględny zakaz przekazywania lub sprzedaży przez króla, sejm czy poszczególnych obywateli, obcym osobom i państwom miast lub terytoriów należących zarówno do Królestwa Polskiego, jak również do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przekonywał mianowicie, że wystarczy powołać sejm konfederacyjny.

Były to dla pruskiego króla nadzwyczaj cenne rady, z powodzeniem zastosowane później przez jego następcę podczas pierwszego rozbioru Polski. Pruski władca nie zamierzał narażać się Rosji, również mającej swoje terytorialne aspiracje kosztem Rzeczypospolitej. Nie przyjął oferty Stanisława Leszczyńskiego, ale ją doskonale, na nasze nieszczęście, zapamiętał i przekazał swojemu następcy, który już wiedział, co z taką informacją dalej uczynić.
Rozdawanie przez Stanisława Leszczyńskiego czy Augusta II ziem należących do Rzeczypospolitej w zamian za korzyści materialne lub zachowanie władzy, choć wtedy szczęśliwie nie doszło do skutku, stało się złowieszczym preludium do wydarzeń, jakie dokonały się w roku 1772. Sami przecież, za sprawą polskiego króla Stanisława Leszczyńskiego, podsunęliśmy swoim sąsiadom pomysł rozbioru Rzeczypospolitej, a co więcej - także najlepszy pod względem prawnym sposób jego przeprowadzenia.
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » piątek 23 wrz 2016, 14:38

Legenda o Golemie
czyżby o pierwszym syntetyku?
;)

Obrazek

Legenda głosi, że na poddaszu Staronowej Synagogi w Josefovie*, w żydowskiej dzielnicy w samym sercu Pragi, w zakamarkach, których nie potrafili odnaleźć nazistowscy szpiedzy, wciąż śpi jego gliniane serce. Głosi, że pewnego dnia pękną pradawne zaklęcia i Golem przebudzi się, a wówczas wszystko będzie jak niegdyś.
Praga ma w sobie tajemnicę, niepojętą moc. Może rację mają ci, którzy twierdzą, że Pragę zbudowano w miejscu, gdzie przebiega granica wszechświatów. Że na Hradczanach, pod katedrą Świętego Wita znajduje się portal Ziemi – jeden z najważniejszych czakramów planety, próg między naszym światem, a kosmosem. Przecież właśnie z tego powodu Celtowie, na długo przed tym, gdy Czech rozstał się z Lechem i Rusem, zbudowali nad Wełtawą jedno ze swoich najważniejszych miast. Współczesna Praga stoi na ziemi druidów, w miejscu wskazanym przez legendarną księżniczkę Libuszę, jasnowidzącą wieszczkę o oczach jasnych jak wspomnienie pierwszego kochania.
„Musicie przeszukać las na wzgórzach, odnaleźć miejsce, w którym człowiek buduje swoją chatę. I tam musicie zbudować miasto i musicie nazwać je progiem, czyli przejściem”.
Po czesku „próg” to właśnie Praga. Tak jak legendę o Libuszy zna w Czechach każde dziecko, tak każde żydowskie dziecko zna legendę o Golemie, monstrum, które zapragnęło ludzkiego serca.
Życie na granicy światów niesie za sobą różne konsekwencje. Jest jak próg między miłością i nienawiścią, oceanem, a wapiennym klifem, między mężczyzną i kobietą – równowaga jest krucha, namiętności wielkie, dni krótkie, a noce bez snu.
Wierzenia druidów ścierały się tu z ewangelią głoszoną przez Cyryla i Metodego, chrześcijanie spierali z żydami, alchemicy próbowali przemóc racjonalistów, magowie – kontrreformatorów, faszyści starali się unicestwić wolność, a potem komuniści zwalczyć sen o demokracji. W średniowieczu Praga przeżyła trzy straszliwe pogromy Żydów, powstało tu także jedno z pierwszych w Europie gett.
W wielkanocny poranek 1389 roku chrześcijanie palili starowierców już nie tylko w ich domach na Josefovie, ale także w synagogach, a Żydzi nie umieli się bronić tylko modlić, ale modlitwy nie skutkowały. Zupełnie jakby Jahwe nie chciał ich usłyszeć. Kabaliści studiowali stare księgi, stawiali horoskopy, czytali wiatr. I nie mieli dobrych wieści.
Czy życie na granicy światów może kiedykolwiek stać się bezpieczne? Potrzebny był ktoś, kto uchroni ich przed pogromem.
Kabaliści, ku pokrzepieniu serc, zaczęli opowiadać o duchu, obrońcy uciśnionych, który pojawi się wtedy, gdy nadejdzie najczarniejsza godzina. I stało się – zła godzina nadeszła. Najpierw, choć krótko, los gminie żydowskiej sprzyjał. Było to w czasach cesarza Karola, tego który przerzucił przez Wełtawę most, do dziś będącym najważniejszym symbolem „Miasta o Złotych Dachach”, a na miejscu okrągłej rotundy na Hradczanach postanowił zbudować katedrę Świętego Wita. Następnie koło historii zaczęło staczać się w dół. Nastały czasy Rudolfa II, który sprowadził do Pragi najsłynniejszych alchemików świata i któremu marzył się kamień filozofów, zamieniający piasek w złoto i dający wieczną młodość. Tego wreszcie, z którym największy rabin w dziejach Pragi, Jehuda Löw ben Becalel (urodzony w Poznaniu, znany również jako Maharal), musiał zagrać o przyszłość swojego ludu. Potężny choć ubogi, ale niezwykle mądry, nauczyciel. Czy miał szansę przekonać władcę, aby dał Żydom pokój

Jehuda Löw uważany był powszechnie za najdoskonalszego mistyka i kabalistę swoich czasów. Jedna z najpopularniejszych żydowskich legend przypisuje mu chwałę powołania do życia glinianego monstrum, ale i ból, jakim było jego unicestwienie.
Tęsknota za Golemem dojrzewała pośród Żydów od czasów dawidowych. Jej ślady znaleźć można nawet w psalmach. Początkowo gliniany stwór miał być nie tyle obrońcą w czasach ucisku, ile po prostu posługaczem, który w dzień szabasu będzie wypełniać obowiązki niedozwolone ludziom – rozpalać ogień, robić węzły, nosić ciężary, przygotowywać posiłki czy też wykonywać resztę z ponad 600 czynności zakazanych od piątkowego wieczora do sobotniego zmierzchu. Żydzi mierzą dobę od wieczora do wieczora, a nie od świtu do świtu jak chrześcijanie.
- I to wszystko stwór wykona za człowieka zupełnie za darmo – opowiadał Jehudzie jego ojciec, kiedy przyszły rabin był jeszcze chłopcem.
- Za darmo, bo Golem nie potrzebuje ani jedzenia, ani picia, ani ubrania, ani nawet dachu nad głową – mówił.
Chłopiec marzył, że lepi z gliny stwora na obraz i podobieństwo człowieka, tak jak niegdyś, u zarania dziejów, Bóg stworzył Adama.
- W naszej synagodze synu, widziałem pradawną księgę stworzenia „Sefer HaYetzera”. Są w niej spisane zaklęcia, jakie trzeba poznać, aby powołać do życia istotę ulepioną z gliny. Trzeba odwrócić porządek śmierci, a potem trzeba wypowiedzieć imię Boga, którego nie można używać, gdyż jest to imię, które daje życie.

Obrazek

Od tamtej pory Jehuda poświęcił się studiom nad Kabałą i Talmudem, wertował prastare zwoje, studiował dawne sztuki magiczne tak skrupulatnie, że pewnego dnia posiadł całą wiedzę dostępną swoim czasom poznając imiona Boga. Również to, którego nie wolno używać. Od tego momentu wiedział już, że jeśli zechce tchnie w glinę życie. Ale nie chciał, bo wiedział, że choć będzie potrafił ją ożywić, to duszy i serca jej nie podaruje.
I Golem nigdy by nie powstał, gdyby nie nastał dzień, kiedy horoskopy przestały być pomyślne. Zbliżało się zło, jeszcze dalekie, które nawet nie pachniało, jeszcze nie widoczne w ptasim poruszeniu, jeszcze liście nie zaczęły się żółcić ani czerwienic. Ale Becalel wiedział, że nadciąga niechybnie i nieodwołalnie jak jesień, a zaraz za nią zima. W drugiej połowie XVI wieku nasiliły się ataki na praskich Żydów, których posądzano o bezbożne praktyki i okultyzm, w związku z czym aby obronić siebie i innych, rabin Jehuda postanowił działać.
Pewnej nocy, czarnej jak przeznaczenie, wraz z trójką uczniów, Becalel zsunął się w dół po wełtawskiej skarpie. Podciągnął poły chałata i wszedł w nurt rzeki. Zanurzył w niej ręce po łokcie, zagłębił palce w glinie i mule. Zimne były i oporne, glina wyciekała z dłoni. Rzeka nie chciała, żeby wyrwał z niej życie. Ale rabin czuł, że nie ma innego sposobu. Wyszeptał tajemne słowa i wtem rzeka puściła. Rabin wydobył z jej cienia pierwszą garść. Potem kolejną i następną. Wiedział, że każdego dnia Golem powinien rosnąć i rosnąć, powoli, ale ponieważ nie miał czasu, postanowił, że od razu ulepi go wielkiego. Do ust wetknął mu zwitek papieru z zakazanym imieniem Boga. Napisał je na papierze, jako że imienia Boga wymieniać nie wolno i nie chciał, aby usłyszeli je uczniowie. Napis brzmiał: „ha-meforaszem”. Wtedy zaczęli okrążać go siedmiokroć w lewą stronę, aby odwrócić piętno śmierci. I zawołali:
- Shatni, Shanti, Dahat, Dahat!
Gliniany korpus stawał się z szarego coraz bardziej czerwony, a na ramionach stwora pojawiły się włosy. Zbliżał się właściwy moment. Glina twardniała już, kiedy Becalel wyrył palcem na czole Golema słowo „emet”, czyli „prawda”. Stwór ożył.
- Golemie mówię ci, wstań! – rzekł rabin i potwór wstał. Od tej pory czynił wszystko, co rabin kazał mu uczynić.
Gliniany stwór miał właściwość, której człowiek nie mógł posiąść, a była nią nieśmiertelność. Nie sposób było go pokonać, nie sposób zabić. Był nieśmiertelny tą nieśmiertelnością, jakiej pragnął cesarz Rudolf II. Kiedy rabin miał już Golema u boku, wybrał się do cesarza Rudolfa, aby przedyskutować sprawę bezpieczeństwa członków diaspory. Czy to właśnie sekret nieśmiertelności przekonał ostatecznie cesarza, czy może lęk przed glinianym monstrum, historia milczy.
Faktem jest, że jesienią 1529 roku Rudolf II wydał edykt zapewniający Żydom ochronę i bezpieczeństwo. Okres pogromów Praga miała za sobą. Po 400 latach ucisku nastał wreszcie pokój. Trwał aż do czasu, kiedy Żydów postanowił unicestwić Adolf Hitler.
Może Becalel to przewidział i dlatego nie chciał pozbawić Golema istnienia. Ale potwór, mimo że wciąż słuchał rozkazów, zapragnął czegoś więcej. Obserwował ludzi i chciał być jak oni. Chciał jeść jak oni jedli chleb, pożerał więc cegły. Chciał bawić się z dziećmi, ale krzywdził je, chwytając w dłonie zbyt mocarne. Chciał mówić, ale tylko dudnił pośród krętych uliczek. Chciał kochać, ale nie było w całej Pradze ani jednej istoty, którą mógłby pokochać bezpiecznie. Ani jednej glinianej kobiety.
Potwór w dodatku rósł każdego dnia. Dopóki na niego uważali – pracował, ale nocą gdy tylko Becalel spuścił go z oka, wymykał się aby błąkać praskimi ulicami w poszukiwaniu czegoś, co potrafiłoby ukoić tęsknotę, której nie rozumiał. Bo przecież nie miał prawa tęsknic ktoś, kto nie miał duszy, ani serca. Szedł przed siebie i miażdżył mieszkańców Josefova pod swoimi ogromnymi stopami aż do dnia, kiedy rabin stanął przed monstrum i zawołał:
- Dziś szabas! Golemie zawiąż mi paski sandałów!
Golem ukląkł i pochylił głowę, a Becalel błyskawicznie starł z jego czoła pierwszą literę i pozostało słowo „met”, czyli „martwy”. Golem rozsypał się w proch, a zwitek z zakazanym imieniem wypadł spośród skorup. I wtedy coś uderzyło o bruk z wielką siłą. Rabin pochylił się, sięgnął. Wyciągnął dłoń, zdmuchnął pył i spojrzał – było to małe, gliniane, nieforemne serce. Niestety żyło za krótko, żeby Żydzi nauczyli się, jak je kochać.
Jehuda zebrał odłamki swojego stworzenia – glinianą skorupę z jego czoła, jego gliniane usta, gliniane serce – i ukrył je gdzieś w zakamarkach Staronowej Synagogi na rogu ulic Maiselovej i Czerwonej. Kiedy hitlerowcy zaanektowali Czechosłowację i kiedy Hitler rozpoczął realizację swojego pomysłu, żeby Pragę zamienić w miasto-muzeum nieistniejącego narodu, nakazał odszukać szczątki Golema. Może nawet miał nadzieję, że zdoła go ożywić. Ale miejsce, gdzie spoczywa gliniane serce, chronią silne zaklęcia, bo gdyby jeszcze kiedyś Golem był potrzebny Żydom, ktoś mądry będzie mógł je odszukać. Wetknąć do glinianych ust zwitek pożółkłego papieru z zakazanym imieniem Stwórcy, dopisać na czole literę życia, a potem okrążyć serce siedem razy. Może wtedy Golem powstałby znów, a uliczki Josefova zapełniliby chasydzi w długich chałatach i modlitewnych szalach, spieszący drobnym krokiem do bożnicy, a czas cofnąłby się


(* Josefov (Józefów, Josefstadt) – to obszar dawnej dzielnicy żydowskiej w centralnej części Pragi, na prawym brzegu Wełtawy, wchodzący w skład obwodu Praga I. Ze wszystkich stron otoczony jest przez Stare Miasto. Obecny jego wygląd to zasługa wyburzeń i wielkiej przebudowy dzielnicy na przełomie XIX i XX wieku. Na terenie Josefova znajdują się między innymi: Synagoga Wysoka (XVI wiek), Ratusz Żydowski (rokokowy ratusz z XVIII wieku z zegarem odmierzającym czas w przeciwną stronę), Synagoga Klausa (barokowa synagoga z XVII wieku), Synagoga Maisela (z XVI wieku, zniszczona przez pożar, obecnie muzeum), Synagoga Pinkasa (z XVI wieku, miejsce pamięci ofiar Holokaustu), Synagoga Hiszpańska (z XIX wieku z mauretańskim wystrojem wnętrza), Stary Cmentarz Żydowski (czynny od XV do XVIII wieku, najstarszy ocalały cmentarz żydowski w Europie), Synagoga Staronowa (gotycka, z XIII wieku), Sala Obrzędowa (neoromański budynek powstały w latach 1911-12, niegdyś sala obrzędowa Żydowskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego). Josefov jest również miejscem urodzin Franza Kafki.)


http://geoexplorer.blog.pl/tag/legenda-o-golemie/
0 x



ex-east
Posty: 1052
Rejestracja: wtorek 01 sty 2013, 20:57
x 2
x 82
Podziękował: 358 razy
Otrzymał podziękowanie: 1306 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: ex-east » piątek 23 wrz 2016, 20:55

janusz pisze:Legenda o Golemie
czyżby o pierwszym syntetyku?
;)

Praga ma w sobie tajemnicę, niepojętą moc. Może rację mają ci, którzy twierdzą, że Pragę zbudowano w miejscu, gdzie przebiega granica wszechświatów. Że na Hradczanach, pod katedrą Świętego Wita znajduje się portal Ziemi – jeden z najważniejszych czakramów planety, próg między naszym światem, a kosmosem. Przecież właśnie z tego powodu Celtowie, na długo przed tym, gdy Czech rozstał się z Lechem i Rusem, zbudowali nad Wełtawą jedno ze swoich najważniejszych miast. Współczesna Praga stoi na ziemi druidów, w miejscu wskazanym przez legendarną księżniczkę Libuszę, jasnowidzącą wieszczkę o oczach jasnych jak wspomnienie pierwszego kochania.
„Musicie przeszukać las na wzgórzach, odnaleźć miejsce, w którym człowiek buduje swoją chatę. I tam musicie zbudować miasto i musicie nazwać je progiem, czyli przejściem”.
Po czesku „próg” to właśnie Praga.
http://geoexplorer.blog.pl/tag/legenda-o-golemie/

Dzieki Ci Janusz za te piekne legendy , ktore przypominasz. Druidzi ... znowu Ci druidzi. Celtowie w Pradze ? - a moze to nie byli wcale celtowie, tylko tajemniczy , slowianscy Nauczyciele , CI Ktorzy Wiedza. I wcale nie musieli to byc mezczyzni , lecz "piekne wieszczki o oczach jasnych jak wspomnienie pierwszego kochania" - czyli SLowianki :))
One wiedzialy , gdzie sa Progi ( pragi ) - portale przejscia. To nie magiczne zydowskie zaklecia ozywialy GOlema , ale wlasnie ten portal.
1 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » niedziela 25 wrz 2016, 22:58

Legenda o księciu alchemików Michale Sędziwoju


Obrazek

Roku pańskiego 1566 w okolicy Nowego Sącza przyszedł na świat chłopiec, któremu nadano imię Michał, Michał Sędziwój. Okazał się bardzo zdolny i utalentowany. Po skończeniu szkoły elementarnej w swoim rodzinnym mieście, prawie jeszcze jako dziecko dostał się na Uniwersytet Krakowski. Początkowo studiował medycynę, jednak szybko zmienił zdanie i postanowił zostać alchemikiem. Chciał odkryć tajemnice kamienia filozofów oraz sposób na przemianę zwykłych, małowartościowych metali w szlachetne, a dokładnie uzyskanie z nich czystego złota. Dzięki fortunie, którą odziedziczył po ojcu, wyruszył w świat, by spotkać się i pobierać nauki od najlepszych alchemików ówczesnego świata. Wędrując po XVII-wiecznej Europie nabywał różne przedmioty, księgi, zapiski, stare rękopisy. W czasie swoich podróży przeprowadzał również przeróżne eksperymenty z naprzemiennymi efektami końcowymi. Dzięki temu w kręgach alchemickich stał się osobą znaną i poważaną. Nazywano go „Sendivogius Polonus”. Podczas swoich wypraw nie udało mu się wprawdzie odkryć czegoś, co przyniosłoby mu chwałę, ale jedna z podróży odmieniła całe jego dotychczasowe życie.

Tak zatem będąc w Saksonii napotkał uwięzionego przez chciwego księcia Christiana, włoskiego Alchemika Sethona. Sędziwój pomógł mu w ucieczce z wilgotnego lochu, a ten w dowód wdzięczności ofiarował mu mieszek proszku, który zmieszany z ołowiem przemieniał go w złoto. Mimo błagań, Włoch nie zdradził składu proszku i metody jego przygotowywania. W kilka dni po odzyskaniu wolności Sethon wyczerpany przez tortury zadane mu w niewoli, zmarł zabierając tajemnice do grobu. Pozostawił Michałowi po sobie księgi, zapiski oraz swoją młodą żonę Weronikę. Po ślubie alchemik zabrał swoją małżonkę do Czech. Został tam wezwany przez cesarza Rudolfa II, który również zgłębiał tajemnice kamienia filozofów. Podczas jednego z pokazów na zamku, Michał wrzucił do kotła kawałek ołowiu, dodał odrobinę magicznego proszku i zamieszał. Ku zdziwieniu królewskiego dworu i wszystkich zebranych wyciągnął złotą sztabkę. Cesarz wręcz umierający z zachwytu i radości kazał umieścić inskrypcję uwieczniającą to wydarzenie na sklepieniu jednej z komnat. Wieść o wspaniałym czynie rozniosła się szybko po całej Europie, a nasz rodak zyskał miano „Księcia Alchemików”

Gdy tylko wieść doszła do Wirtembergii cesarz Fryderyk III zaprosił go do siebie. Władca celowo sprowadzał na dwór wielu alchemików wierząc, że pomogą mu zapełnić skarbiec złotem i nie tylko. Niestety wielu z nich okazało się zwykłymi oszustami i kończyli na szubienicy, oczywiście pozłacanej. Tym razem jednak było inaczej. Sędziwój z powodzeniem prezentował swoje doświadczenia, lecz spotkała go z tego powodu niemiła przygoda. Na dworze przebywał wówczas Muhlenfels, który był faworytem królewskim w dziedzinie alchemii. Przynajmniej do tej pory. Będąc zazdrosny o laury i zaszczyty Polaka, zniszczył jego aparaturę i zabrał cudowny proszek, a jego samego porwał i uwięził w lochu. Michał dzięki pomocy swojego wiernego przyjaciela Badowskiego uciekł z więzienia i oskarżył Muhlenfels’a o kradzież. Sprawca przykrego incydentu został surowo ukarany, a Fryderyk III chcąc wynagrodzić szkodę Sendivogius’a, nadał mu tytuł barona Serubau i dobra Leiningen. Książę Alchemików jednak szybko sprzedał ziemie, dzięki czemu pozyskał fundusze na dalsze podróże i doświadczenia.
Przygnębiony stratą daru Sethona postanowił wrócić do Nowego Sącza, do swojego rodzinnego miasta.
Po pewnym czasie udał się na dwór króla Zygmunta III Wazy, lecz po nieudanych próbach odtworzenia choćby uncji magicznego proszku wyjechał. Udał się na Śląsk i tam kupił posiadłość. Spędził tam resztę swojego życia na kolejnych testach i tęsknocie za domem. Nie udało mu się wprawdzie rozwikłać tajemnicy kamienia filozofów, ale pozostawił po sobie bardzo wiele cennych i do dziś uznawanych odkryć w dziedziny nauki, jaką jest chemia.

Michał Sędziwój, Książę Alchemików zmarł w 1646 roku. Jednak tęsknota z domem nie pozwoliła mu opuścić ziemskiego padołu i wielokrotnie widywano go w nocy wędrującego w uniwersyteckiej todze sądeckimi ulicami. Spacerował przy pełni księżyca nie rzucając cienia i rozsypując wokół widmowe złote monety. Najczęściej spotykano go w noc sylwestrową, a każdemu, komu sypnął monetami przez cały następny rok mnożyły się zyski. Zatem jeśli kiedyś będziecie w Nowym Sączu na koniec roku, to w tą ostatnią noc, gdy zegar na wierzy ratusza będzie wskazywał północ, wyjdźcie na rynek, obejdźcie go dookoła – może i wam Książę Alchemików sypnie złotem na ten nowy szczęśliwszy rok. ;)

http://geoexplorer.blog.pl/2015/12/31/l ... sedziwoju/
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » wtorek 27 wrz 2016, 13:41

WYKLĘCI PRZEZ KOŚCIÓŁ
Andrzej Zieliński

Z siłą i skutkami kościelnej klątwy zmagało się w średniowieczu wielu polskich władców. Był to okres, w którym Kościół szafował tą karą dość powszechnie. Okazała się ona jednak z upływem lat orężem obosiecznym, a jej nadużywanie doprowadziło do dewaluacji i niemal całkowitego zaniku skuteczności anatemy.
Dość długi rejestr polskich królów i książąt, którzy zderzyli się z siłą kościelnej klątwy, otwiera król Bolesław II Zapomniany (chociaż u Gala Anonima znajduje się nigdzie indziej niepotwierdzony zapis, jakoby Gaudenty, brat świętego Wojciecha, obłożył już wcześniej klątwą Bolesława Chrobrego i cały polski naród). Kościół w Polsce musiał tak właśnie zareagować na fizyczne eliminowanie go z ówczesnego społeczeństwa. Mógł uprzednio przymknąć oczy na rozpustę Bolesława Chrobrego czy otrucie przez Mieszka II swoich braci. Tak przecież postępowało wtedy wielu władców w Europie. Kiedy jednak sprawa dotyczyła najbardziej żywotnych interesów, musiał wykazać się pełną stanowczością. Klątwa została zatem rzucona dopiero w momencie śmiertelnego zagrożenia interesów Kościoła w Polsce. Zresztą nie tylko na samego króla Bolesława II, ale także na cały naród, czyli wszystkich czynnych i biernych uczestników rebelii neopogańskiej. Pośrednie potwierdzenie tej kościelnej kary znalazło się potem w bulli papieża Benedykta VIII wydanej z okazji uwolnienia królewicza Kazimierza Karola (Odnowiciela) ze złożonych wcześniej ślubów zakonnych.

Można w niej między innymi przeczytać, że:
Corocznie płacić będą Polacy kurii papieskiej zwyczajny pieniądz od każdej głowy, wyłączając głowy szlacheckie, nie będą zapuszczać włosów na głowie i brodzie, zwyczajem barbarzyńskim, ale będą je starannie postrzygać. Wielkiego Postu przestrzegać [będą] o trzy tygodnie dłużej niż w innych krajach. W uroczystych zaś świętach Chrystusa i Panny Mani matki Jego, ubierać się będą w chustę płócienną białą, na kształt szaty u szyi związaną, wiecznie też będą obowiązani, aby w Bogu i w Wierze Chrześcijańskiej wdzięczniejszymi i gorliwszymi byli.

W taki sposób uwalniano w tamtych czasach osoby lub całe społeczności od klątw kościelnych. Wprawdzie nie brak dzisiaj głosów, że bulla ta jest dokumentem sfałszowanym, ale od razu nasuwa się pytanie - przez kogo? Dlaczego Kościół, mając tak silną pozycję w Europie, posługiwałby się w sprawach polskich fałszywymi bullami? I to akurat w przypadku państwa księcia Kazimierza Odnowiciela, władcy bardzo przecież zasłużonego do odbudowy Kościoła rzymskokatolickiego na swoich ziemiach, którego raczej należało chwalić, niż szczególnie karać takimi fałszywkami. A może chodziło o pognębienie rządów Bolesława II Zapomnianego?

Jan Długosz w swoich Rocznikach bardzo obszernie pisze o klątwie, jaką na króla Bolesława Śmiałego rzucił ponoć biskup Stanisław ze Szczepanowa za sodomię popełnianą przez króla z własną kobyłą. Ale była to tylko klątwa papierowa, istniała jedynie w wyobraźni i na kartach dzieła naszego kronikarza. Bez akceptacji papieskiej biskupi nie mieli wtedy prawa okładać klątwami osób koronowanych z woli papieża. O taką karę mógł w dodatku wystąpić tylko najwyższy w kraju hierarcha kościelny, w polskim przypadku arcybiskup gnieźnieński. A nie wystąpił. Albo kronikarz wykazał się tu zadziwiającą niewiedzą (mimo studiowania przez kilka lat na Akademii Krakowskiej), albo też... złą wolą.
Kolejnym polskim władcą, na którego rzeczywiście spadła ta najsurowsza w chrześcijaństwie kara, skutecznie pozbawiając go królewskiej korony, był Bolesław Krzywousty. Ale też książę ten otrzymał ją tym razem jak najbardziej sprawiedliwie, za zabójstwo willi roku swojego przyrodniego brata Zbigniewa. Zwłaszcza zaś za to, że wcześniej zaprosił go na pojednawcze spotkanie, gwarantując mu uroczyście złożoną przed ołtarzem „przysięgą na Krzyż" pełne bezpieczeństwo.

Gali Anonim, nadworny kronikarz Bolesława Krzywoustego, próbował niezbyt udolnie zdjąć przynajmniej część winy ze swego chlebodawcy. Stwierdził mianowicie, że książę Zbigniew przybył do Bolesława nie w pokornej, lecz wyzywającej postawie... dając do poznania, że nie będzie wasalem brata sweno, lecz Że bratu będzie rozkazywał. Nieco więcej światła na to wydarzenie rzucił czeski kronikarz Kosmas: Brata Zbigniewa pod przysięgą wierności i podstępami przywołał i trzeciego dnia pozbawił go oczu. Oślepionego brata nakazał książę Bolesław od razu wtrącić do więzienia, gdzie ten po kilku dniach zmarł. Po licznych podejmowanych przez księcia czynach pokutnych, takich jak pielgrzymki, posty czy fundowanie kościołów i klasztorów, klątwę z niego wprawdzie zdjęto, ale w tamtych czasach było jeszcze nie do pomyślenia, aby ktoś, kto raz tak surowo został ukarany przez Kościół, mógł potem otrzymać królewską koronę. Zdawał sobie z tego doskonale sprawę Bolesław Krzywousty i nawet nie usiłował energicznie się o nią ubiegać. Zadowolił się tytułem książęcym i faktycznym władztwem nad Polską.

Fatum ciążące na księciu Bolesławie Krzywoustym przeszło na jego synów. Jako pierwszy siłę kościelnej klątwy poznał książę Władysław II Wygnaniec. Zgodnie z testamentem ojca został księciem seniorem, czyli do niego należała, choć ograniczona, władza zwierzchnia w Polsce. Szybko zrozumiał, jak wielkie zagrożenia dla państwowości niesie ze sobą rozbicie dzielnicowe, zdecydowanie osłabiające państwo i wszelką dynastyczną władzę książęcą, wzmacniające natomiast możnowładców. Książę senior Władysław II postanowił zatem, przy użyciu siły, zrzucić wszelkie ograniczenia swej władzy i całkowicie podporządkować sobie młodszych braci. Dążył do scalenia państwa i władzy w jednym ręku, a w konsekwencji do koronacji. O losach młodszych synów decydowali wtedy trzej polscy możnowładcy, ustanowieni przez Bolesława Krzywoustego w roli-jak byśmy powiedzieli dzisiaj - kuratorów, czyli palatyn Piotr Włast, wojewoda Wszebor oraz arcybiskup gnieźnieński Jakub ze Żnina. I to z nimi przede wszystkim musiał Władysław II stoczyć walkę władzę. Tę walkę książę senior przegrał i to właśnie za sprawą kościelnej klątwy.
Kiedy w 1146 roku wyruszył zbrojnie przeciwko młodszym braciom, przyłączył już do swych włości Mazowsze i ziemię sieradzką oraz zmusił ich do schronienia się w ostatnim bezpiecznym dla nich miejscu, za murami Poznania, do akcji wkroczył arcybiskup gnieźnieński. Przybył jako mediator do obozu oblegającego miasto księcia Władysława II. Nic jednak nie wskórał, co oznaczało, że los młodszych książąt i samodzielnej władzy Władysława II został przesądzony.

Wówczas arcybiskup sięgnął po broń najskuteczniejszą. Odjeżdżając już, odprowadzany przez Władysława II, w obecności jego wojsk Jakub ze Żnina rzucił na księcia klątwę. Oficjalnie uczynił to dlatego, iż w szeregach ruskich wojsk posiłkowych wspierających księcia seniora znajdowały się także oddziały pogańskich Połowców, czyli innymi słowy Władysław II celowo złączył się z poganami w walce z książętami chrześcijańskimi. Faktycznie zaś klątwa ta była już ostatnim, ale i decydującym argumentem młodych książąt, a przede wszystkim polskich świeckich i duchownych możnowładców w walce o zachowanie swoich przywilejów. Wyklętemu nie wolno było pod groźbą tej samej kościelnej kary w niczym pomagać. Przestraszeni Polacy odstąpili więc swojego księcia. W konsekwencji Władysław II musiał wraz z rodziną opuścić kraj, zyskując wtedy przydomek Wygnańca. Udał się do Rzymu, aby tam wyjaśnić sprawę i zdjąć z siebie klątwę. Papież polecił zbadać jej zasadność. Książę, na wszelki wypadek, postanowił wziąć udział w drugiej wyprawie krzyżowej do Ziemi Świętej. Uczestnictwo w niej oznaczało przecież bezwarunkowe, natychmiastowe darowanie wszystkich dotychczasowych grzechów, łącznie z tymi, które karane były kościelną klątwą.

Kiedy książę powrócił z krucjaty, papież Eugeniusz III uznał, że klątwa rzucona przez Jakuba ze Żnina nie miała na celu ochrony dobra Kościoła ani ochrony wiernych w Polsce, lecz wyłącznie określony cel polityczny. Jako nieprawidłową nakazał ją arcybiskupowi gnieźnieńskiemu natychmiast anulować. Książę Władysław II mógł zatem wrócić do Polski, objąć zgodnie z testamentem własną dzielnicę śląską, a także przejąć ponownie należną mu władzę zwierzchnią, senioralną. Gwarantem tej decyzji miał być cesarz niemiecki Fryderyk Barbarossa.
Jednakże Jakub ze Żnina w porozumieniu z ówczesnym księciem seniorem Bolesławem Kędzierzawym nie podporządkował się papieskiej decyzji. Co więcej, arcybiskup przemilczał ją przed polskim duchowieństwem i możnowładcami. Wówczas Gwidon, legat papieski w Polsce, działając z wyraźnego papieskiego polecenia, rzucił z kolei klątwę na braci juniorów oraz ekskomunikę na całe polskie duchowieństwo. Wszyscy polscy książęta, młodsi synowie Bolesława Krzywoustego, obłożeni zostali zatem kościelną karą. Podobnie ukarany został cały polski Kościół. Teoretycznie oznaczało to całkowite wyłączenie Polski z europejskiej rodziny chrześcijańskiej. Jak się okazało, bezskutecznie.
Arcybiskup gnieźnieński postanowił sprzeciwić się także i tej, niezwykle groźnej, papieskiej decyzji. Wspólnie z wszystkimi książętami i polskimi możnowładcami zdecydował, że nie będzie w Polsce żadnego wymaganego przecież klątwą nieposłuszeństwa poddanych wobec ukaranej nią władzy świeckiej i duchownej. Warto przy tym zaznaczyć, że klątwa ta nigdy nie została oficjalnie anulowana przez Stolicę Apostolską. Innymi słowy ma nadal moc sprawczą.

Cesarz niemiecki Fryderyk Barbarossa wprawdzie zapowiedział interwencję zbrojną w sprawie senioratu księcia Władysława, ale nigdy do niej nie doprowadził. Nie był po prostu zainteresowany zbyt silnym państwem za swoją wschodnią granicą. Zmusił tylko następcę Władysława Wygnańca na senioralnym tronie, księcia Bolesława Kędzierzawego, do złożenia hołdu lennego i opłacenia trybutu. A tak już na marginesie, każdy niemal z późniejszych książąt seniorów, podobnie jak Władysław II, dążył do jak największego scalenia władzy w swoich rękach, a wielu marzyła się królewska korona. I nikt z tego tytułu nie okładał ich klątwą. Aspiracje tronowe tłumiono już w bardzo świecki sposób. Tak właśnie znacznie ograniczona została na ziemiach polskich skuteczność klątwy kościelnej. Przestała być realnym zagrożeniem dla władców. Nie oznaczało to oczywiście, że duchowieństwo polskie zrezygnowało ze stosowania tej formy nacisku na panujących. Ostatnim przypadkiem działania takiej kary wymierzonej przez rodzimy Kościół prawowitemu władcy było zablokowanie przez polskich biskupów możliwości uzyskania królewskiej korony księciu Henrykowi Brodatemu. Powód klątwy był bardzo prozaiczny. Na tę najwyższą kościelną karę Henryk Brodaty „zasłużył" sobie sporem z duchowieństwem. Śląski książę domagał się bowiem przeprowadzenia w swoim księstwie oraz w dzielnicy senioralnej rozdziału spraw duchowych od doczesnych, przez co rozumiał przede wszystkim uszczuplenie nadmiernych majątków kościelnych. Tego Kościół już mu nie mógł darować.

O klątwę, którą został obłożony w 1235 roku, wnioskowało u papieża Grzegorza IX na wszelki wypadek aż dwóch polskich hierarchów - arcybiskup krakowski Pełka i biskup wrocławski Tomasz I. Oficjalnym stawianym księciu przez nich zarzutem było prześladowanie Kościoła w Polsce. Był to zarzut bardzo poważny, lecz co najmniej wzbudzający zadziwienie, gdyż Jadwiga, żona Henryka Brodatego, została później ogłoszona świętą, również za wspieranie kościołów i klasztorów, a jego syn otrzymał, także nie bez powodu, przydomek Pobożny. Nie sposób zatem uznać takiego męża i ojca za niezwykle zaciekłego wroga polskiego Kościoła. Hierarchom zdecydowanie pomyliło się dobro Kościoła z majątkami kościelnymi.
Książę natychmiast odwołał się od tej decyzji do Stolicy Apostolskiej, do papieża Grzegorza IX. Dwie powołane od razu papieskie komisje wydały jednak dwie wykluczające się wzajemnie opinie. W tej sytuacji Grzegorz IX nie anulował, lecz zawiesił tylko wcześniejszą swoją decyzję o klątwie. Stan ten trwał do śmierci księcia w 1238 roku. Zagrożenie najwyższą karą, choć ciągle w zawieszeniu, przekreśliło jednak definitywnie jego marzenia o królewskiej koronie. Warto tu dodać, że Henryk Brodaty do końca życia nie zmienił swojego postępowania w stosunku do dóbr kościelnych. Mimo to nie został pogrzebany gdzieś za cmentarnym murem, jak czyniono to wtedy z osobami wyklętymi. Pogrzeb księcia odbył się z pełnym kościelnym ceremoniałem należnym chrześcijańskiemu władcy. Został pochowany w klasztorze Cystersek w Trzebnicy. Do unieważnienia klątwy doprowadził dopiero po jego śmierci książę Henryk Pobożny.

W XIII wieku klątwę na każdego, w tym także na panujących, już bez papieskiej akceptacji, mogli dowolnie nakładać nawet lokalni duchowni. Ale skuteczność takiej kary była praktycznie żadna. Dowiódł tego książę wrocławski Henryk IV zwany Probusem, czyli Rzetelnym, który, podobnie jak Henryk Brodaty, również śmiało sięgnął po pieniądze i dobra kościelne. Przeprowadzając głębokie reformy gospodarcze w swoim księstwie, zakładając nowe miasta i wsie, a także prowadząc wojnę o tron krakowski, potrzebował nieustannie środków finansowych. Przy pełnej aprobacie swoich świeckich poddanych, rycerstwa i mieszczaństwa, podjął działania godzące w interesy kościelne. Ograniczał gdziekolwiek tylko mógł wszelkie nowe nadania dla kościołów i klasztorów, zmniejszał dotychczasowe liczne obciążenia i obowiązkowe świadczenia swoich poddanych na rzecz parafii i biskupstwa, w efekcie uszczuplając kościelne majątki. Wywołało to bardzo szybką reakcję najbogatszego człowieka w jego księstwie, biskupa wrocławskiego Tomasza II. Obłożył księcia klątwą, właśnie za jawne zwalczanie Kościoła, popartą następnie na synodzie w Łęczycy przez arcybiskupa gnieźnieńskiego Jakuba Świnkę. Henryk IV wcale się tą karą nie przejął. Na wszelki wypadek odwołał się od niej do papieża Marcina IV i publicznie ogłosił, że bez ostatecznej decyzji papieskiej klątwa nie powinna mieć w jego księstwie żadnej mocy sprawczej. Wprawdzie papież klątwę podtrzymał, ale w znacznej części nie podporządkowało się jej duchowieństwo księstwa. Natychmiast też, z poparciem śląskiego rycerstwa, najechał Henryk IV dobra biskupie, a Tomasza II zmusił do ucieczki na dwór księcia raciborskiego. Wkrótce podjął zresztą wyprawę na Racibórz i zażądał wydania biskupa, który, prosząc o wybaczenie, zdał się na łaskę księcia Henryka IV. Wybaczenie zostało mu udzielone w zamian za publiczne wycofanie klątwy. Kolejną klątwę kościelną nałożono na księcia Henryka IV w 1285 roku. Tym razem jej powodem było zagarnięcie przez niego zdeponowanych w klasztorze Dominikanów we Wrocławiu osiemdziesięciu grzywien srebra pochodzących z powszechnej zbiórki w jego księstwie, a przeznaczonych na sfinansowanie udziału śląskiego rycerstwa w najbliższej wyprawie krzyżowej.
Ponieważ kolejnej krucjaty ciągle nie ogłaszano, a sytuacja polityczna i militarna na Ziemi Świętej wręcz taką wyprawę uniemożliwiała, książę postanowił przeznaczyć depozyt na inne, świeckie potrzeby księstwa. Zagarnięcie funduszów przeznaczonych na wspieranie potencjalnej wyprawy krzyżowej, w dodatku zdeponowanych w klasztorze, było już jednak sprawą znacznie poważniejszą. Tym bardziej że klątwę za ten postępek nałożoną przez arcybiskupa gnieźnieńskiego Jakuba Świnkę zatwierdził papież Honoriusz III. Aby się spod tej klątwy uwolnić, książę obiecał publicznie, że gdy tylko dojdzie do najbliższej wyprawy krzyżowej, osobiście stanie na czele śląskiego krucjatowego rycerstwa. Zdeklarował się uroczyście przeznaczyć na ten cel, oprócz zwrotu zagarniętych pieniędzy, dodatkowo, z własnych książęcych funduszy, jeszcze tysiąc grzywien. Wobec takiej szczodrej deklaracji księcia Henryka IV zdjęto z niego wcześniej nałożoną klątwę. Do krucjaty nigdy jednak nie doszło i książę owych osiemdziesięciu grzywien oczywiście nie zwrócił. Zresztą nie bardzo wiadomo było, komu miałby je przekazać, gdyż pochodziły przecież z powszechnej zbiórki, a zatem stanowiły nie własność wrocławskiego klasztoru Dominikanów, a jedynie złożony u nich depozyt.


Dwukrotnie klątwą kościelną obłożony był również książę Władysław Łokietek. I on wcale się karą nie przejął. Po śmierci króla Przemysła II, w czasie walk o Wielkopolskę, wojska księcia Władysława, złożone głównie z posiłkowych oddziałów ruskich i węgierskich, nie tylko wykazywały się wielkim okrucieństwem wobec ludności cywilnej, lecz także niszczyły i rabowały kościoły, klasztory, a nawet cmentarze, rozbijając groby i profanując trumny w poszukiwaniu kosztowności.
Rocznik wielkopolski z 1299 roku tak pisał o ich występkach: On [Łokietek] i jego żołnierze znieważali cmentarze, uciskali wdowy i sieroty, niszczyli dobra kościelne, dążyli do zniweczenia kościołów i popełniali inne jeszcze i to takie czyny, o których mówić jest rzeczą wstrętną.

Klątwę na Władysława Łokietka, akurat w pełni zasłużoną, rzucił Andrzej, biskup poznański. Od razu, w jej następstwie, opuściło księcia polskie rycerstwo i znaczna część kontyngentu węgierskiego. Władysław Łokietek musiał tym samym szybko wycofać się z Wielkopolski.
Od tej klątwy pośrednio wyzwolił polskiego księcia czeski król Wacław II, który w 1299 roku wymógł na nim obietnicę, że zostanie królewskim lennikiem. Biskup Andrzej nie chcąc zadzierać z potężnym wówczas królem Czech, najpoważniejszym pretendentem do polskiej korony, wycofał klątwę nałożoną na nowego wasala Wacława II. Ostatecznie polski książę uwolnił się od niej pokutnym darem podczas bytności w Rzymie, po ucieczce z Polski w 1300 roku.

Po dziesięciu latach, w 1310 roku, na głowę Władysława Łokietka spadła następna klątwa kościelna. Tym razem w imieniu papieża Klemensa V nałożył ją na polskiego księcia Gentilis ile Monteflorum, legat papieski na Węgrzech (w Polsce w tym czasie nie było legatury). Stało się to w następstwie wyroku, jaki zapadł w Preszburgu (dzisiaj Bratysława) w sprawie głośnego wtedy konfliktu księcia z jego największym oponentem, biskupem krakowskim Janem Muskatą. Konflikt trwał wiele lat. Jan Muskatą był gorącym orędownikiem panowania w Polsce Wacława II. Książę przy pomocy Jakuba Świnki, arcybiskupa gnieźnieńskiego, próbował po śmierci króla bezskutecznie usunąć Muskatę z biskupstwa krakowskiego. Doprowadził w końcu do jego wygnania i zagarnięcia posiadłości. Biskup krakowski schronił się we Wrocławiu. Tam jednak nie zaprzestał wrogich działań wobec krakowskiego księcia. W 1309 roku Jan Muskata otrzymał książęce zaproszenie, z gwarancją pełnego bezpieczeństwa, na rozmowy pojednawcze w Krakowie. Ledwo jednak biskup przekroczył miejską bramę i jeszcze na dobre nie zainstalował się w klasztorze Dominikanów, gdzie miał mieszkać podczas rokowań z księciem, został przez wysłanych przez Łokietka węgierskich najemników schwytany i wtrącony do ciemnicy. Muskacie w tej wyprawie towarzyszył biskup wrocławski Henryk z Wierzbna. To on powiadomił natychmiast papieża Klemensa V o postępku Władysława Łokietka. Sąd papieski w ówczesnym Preszburgu zakończył się poleceniem przywrócenia wszystkich godności i posiadłości biskupowi krakowskiemu oraz rzuceniem klątwy na Władysława Łokietka i obłożeniem interdyktem całego narodu polskiego.

Książę, jak czynił to zwykle z wszelkimi przysięgami, umowami czy zobowiązaniami, nie podporządkował się temu wyrokowi sądu papieskiego, zlekceważył też - i to z pełnym poparciem arcybiskupa gnieźnieńskiego - rzuconą na siebie klątwę. Dopiero kiedy starał się o królewską koronę, sprawa dość nagle powróciła i stała się jednym z najważniejszych warunków postawionych przez papieża Jana XXII przed rozpoczęciem jakichkolwiek rozmów o koronacji. W tej sytuacji Władysław Łokietek szybko, pisemnie, obiecał przywrócenie Jana Muskaty na biskupstwo krakowskie. Klątwę co prawda z niego zdjęto, niemniej Władysław Łokietek uzyskał papieską zgodę jedynie na tytuł i koronę króla krakowskiego. Oficjalnie zatem zgodnie z papieską decyzją królem Polski nigdy nie był. A z biskupem Muskatą policzył się po swojemu. Biskup powrócił do Krakowa i ówczesny król krakowski przywrócił mu tytularną funkcję kościelną, nie oddał jednak żadnej z przejętych posiadłości, co więcej, oskarżył go wkrótce przed papieżem o nieudolne prowadzenie walki z heretykami. Po śmierci Muskaty zaś Władysław Łokietek zabronił pochowania biskupa w krypcie katedry krakowskiej, w której dotychczas tradycyjnie składano szczątki jego poprzedników. Ostatecznie pochowano Jana Muskatę w krypcie klasztoru cysterskiego w podkrakowskiej Mogile. Uroczystości pogrzebowe były bardzo skromne.
Najwyższa kara kościelna dotknęła też syna Władysława Łokietka.

Król Kazimierz Wielki obłożony nią został bynajmniej nie za bulwersujące otoczenie, swoje nader niemoralne prowadzenie się, lecz, jak to już wielokrotnie bywało w naszych dziejach, za... nałożenie podatku na dobra kościelne. Rzucił tę klątwę na polskiego władcę biskup krakowski Bodzanta w 1349 roku. Aby Kazimierz Wielki nie miał żadnej wątpliwości, za co dokładnie został tak surowo ukarany, biskup wysłał do króla jednego ze swoich sekretarzy, księdza Marcina Baryczkę, z pisemnym uzasadnieniem kary. Nie był to najfortunniejszy pomysł biskupa. Zirytowany król nakazał bowiem zaszyć w worku wraz z dekretem o klątwie żywego jeszcze owego nieszczęsnego posłańca. Worek zaś 13 grudnia 1349 roku wrzucono do przerębli w Wiśle w pobliżu Wawelu. Biskup nie zareagował na to w żaden sposób. Sprawa klątwy umarła wraz z posłańcem. Znamienne było także milczenie całego polskiego Kościoła. Nigdy nie próbował wynieść lego męczennika za wiarę na swoje ołtarze.

Wśród piastowskich książąt przeklętych znalazła się także niezwykle oryginalna postać - Bolesław III Rozrzutny, książę brzeski, a potem brzesko-legnicki. Ożeniony z córką króla Wacława II, chętnie wywodzący swe pochodzenie od Bolesława Chrobrego, czując się przy tym spadkobiercą Wacława II, polskiego króla, nadał sobie tytuł dziedzica Królestwa Polskiego. Zgodnie z tym przydomkiem, żył, niczym król, ponad stan. Nigdy nie zrezygnował z ulubionego stylu życia. A że z tego powodu stawał się coraz biedniejszy, nie zawahał się w poszukiwaniu potrzebnych środków finansowych nawet przed zaborem mienia kościelnego. Został za ten właśnie postępek natychmiast obłożony klątwą przez papieża Benedykta XII.
W ślad za nią poszła kolejna klątwa kościelna, tym razem za notoryczne zwlekanie ze spłacaniem różnym osobom świeckim i duchownym długów, które urosły już w sumie do olbrzymiej kwoty piętnastu tysięcy grzywien, oraz za złamanie wielu uroczyście składanych przed ołtarzem przysiąg, którymi chętnie szafował, aby stale przesuwać terminy spłat, a których to przysiąg książę notorycznie nie dotrzymywał. Z obu tych klątw książę brzesko-legnicki uwolniony został dopiero na łożu śmierci, po uprzednich zobowiązaniach synów, że spłacą wszystkie długi i należności ojca.

Lista obłożonych kościelną klątwą polskich książąt doby rozbicia dzielnicowego jest jeszcze długa. Najczęściej trafiali na nią ci, którzy łamali „pokój Boży", czyli prowadzili wojny w niedziele i święta, grabili kościoły, klasztory i cmentarze, nie regulowali swoich długów, dopuszczali się najazdów i rozbojów. Nie są natomiast znane przypadki wyklęcia ze społeczności katolickiej jakiegokolwiek piastowskiego księcia, który złamałby sojusz lub rozejm zaprzysiężony przed ołtarzem na Pismo Święte, popełnił bigamię, a nawet zamordował swoją żonę. Takie dość powszechne postępki piastowskich władców pozostawały całkowicie bezkarne. Podobnie działo się zresztą w innych europejskich krajach. Gwoli sprawiedliwości należy podkreślić, iż klątwami polscy biskupi szafowali nie tylko w odniesieniu do władców. Najbardziej kuriozalny przypadek odnotowano w XIV wieku, kiedy to biskup wrocławski Wacław II z Legnicy przeklął rajców tego miasta za... zatrzymanie wozu z beczkami świdnickiego piwa, którym tenże biskup zamierzał handlować we własnej karczmie na Ostrowie Tumskim. Wrocławscy rajcowie przeszli nad tą klątwą do porządku dziennego. Piwa biskupowi nie oddali. Historia milczy, kto je wypił.

Po raz ostatni, w wyniku starań Krzyżaków, papieska klątwa dotknęła dwóch polskich królów z dynastii Jagiellonów. Jako pierwszy „zasłużył" sobie na nią król Władysław Jagiełło, gdyż w bitwie pod Grunwaldem wspierali go Tatarzy, czyli pogańscy poddani księcia Witolda, jak również prawosławne, a zatem schizmatyckie, pułki smoleńskie, które wypełniały lenne zobowiązanie wobec Wielkiego Księstwa Litewskiego nakazujące udzielanie Witoldowi stałej pomocy militarnej we wszystkich prowadzonych przez niego działaniach wojennych.
Przeciwnikami Kościoła katolickiego były wówczas także walczące po polskiej stronie najemne oddziały czeskich husytów pod wodzą Jana Żiżki. Szczególnej pikanterii tej sytuacji nadaje lakt, iż owi innowiercy wynajęci zostali przed tą bitwą przez... Krzyżaków. Jednakże doradcy Władysława Jagiełły wykazali się przytomnością umysłu. Niemal w ostatniej chwili, już podczas przemarszu przez nasz kraj po prostu przekupili Czechów, którzy dołączyli do królewskich wojsk. Znamienne, że akurat w tej sprawie Krzyżacy nie wnosili do papieża żadnych skarg.
Aż dwukrotnie wyklęty został ze społeczności katolickiej król Polski i wielki książę litewski Kazimierz Jagiellończyk w czasie trwania trzynastoletniej wojny z Krzyżakami. Powód papieskich klątw był dokładnie taki sam, jak w przypadku jego ojca - użycie innowierców w walce z rzymskimi katolikami. W skład Wielkiego Księstwa Litewskiego wchodziły wtedy narody prawosławne oraz ludy pogańskie i musiały obowiązkowo uczestniczyć we wszystkich wojnach prowadzonych przez swojego władcę. Warto w tym miejscu podkreślić, iż polscy hierarchowie i otoczenie obu królewskich dworów zupełnie zlekceważyli te najwyższe kościelne kary nakładane na Jagiellonów. Uznali je za mało znaczący element krzyżackiej gry politycznej. Papież zresztą również, chociaż klątwy na polskich królów rzucał, nie nalegał na wprowadzenie ich w życie, chociażby z racji znaczenia Królestwa Polskiego w Europie i roli polskich królów w chrystianizacji Litwy.
Tym samym klątwa kościelna definitywnie utraciła w Polsce wszelkie znaczenie. Zwłaszcza że europejski Kościół był już wówczas wewnętrznie głęboko podzielony.
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » niedziela 02 paź 2016, 18:27

Obrazek
0 x



Awatar użytkownika
abcd
Posty: 5771
Rejestracja: środa 17 wrz 2014, 20:13
x 383
x 227
Podziękował: 32225 razy
Otrzymał podziękowanie: 9245 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: abcd » piątek 07 paź 2016, 12:41

niezłomni pisze:„Wielka droga”. Zapomniana perła kinematografii polskiej. Film, który nigdy nie doczekał się premiery w Polsce. Powód: niewygodne przesłanie [film]
2016/10/06

Obrazek

Wielka droga to polsko-włoski film fabularny z 1946 roku. Film powstał na emigracji – został wyprodukowany przez Ośrodek Kultury i Prasy II Korpusu Polskiego. Wykorzystano materiały dokumentalne z 1939 i późniejszych lat wojny.

Przy produkcji tego obrazu korzystano z największych ówczesnych studiów filmowych – Cinecitta w Rzymie. Cel produkcji było jasny: utrwalenie pamięci o tragicznych i bohaterskich losach Polaków, którzy przez łagry i Bliski Wschód dotarli do Włoch i walczyli u boku aliantów z Niemcami. „Wielka droga” nigdy nie doczekała się premiery w Polsce. Clou film było jednoznaczne:

„Wielka droga” Polaków nie skończyła się na Zachodzie, czeka ich jeszcze w przyszłości powrót do ojczyzny, ale aby do niej wrócić, przyjdzie im, być może, jeszcze walczyć. Tak też brzmią ostatnie słowa w filmie wypowiedziane przez głównego bohatera.


Jest to jedyny na świecie film dotyczący udziału polskich wojsk w kampanii na froncie włoskim, jedyny film sprzed 1989 pokazujący prawdziwe losy Polaków podczas II wojny światowej. To zapomniana perła kinematografii polskiej. Bohaterowie pochodzą ze Lwowa, więc bałak lwowski (gwara lwowska) jest w filmie wszechobecny.


https://www.youtube.com/watch?v=AWge9IzHu0Q
http://niezlomni.com/wielka-droga-zapom ... rzeslanie/
0 x


Gdzie rodzi się wiara, tam umiera mózg.

Awatar użytkownika
abcd
Posty: 5771
Rejestracja: środa 17 wrz 2014, 20:13
x 383
x 227
Podziękował: 32225 razy
Otrzymał podziękowanie: 9245 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: abcd » środa 09 lis 2016, 20:54

Adam Węgłowski pisze:Czy najważniejszy polski święty był nekromantą?
18 maja 2016

Obrazek

Wskrzeszony trup jako świadek w sądzie? Nekromancja jako powód do dumy i metoda na zbicie kasy? Kiedy chodziło o prywatę, żadne środki nie wydawały się zbyt daleko posunięte. I podobno wiedział o tym także jeden ze świętych patronów Polski.

O świętym Stanisławie tak naprawdę niewiele wiadomo. Będąc biskupem krakowskim około 1079 roku popadł w konflikt z królem Bolesławem Śmiałym, co przypłacił życiem. I na tym, w gruncie rzeczy, fakty się kończą. Dopiero w XIII wieku (po stuleciu z okładem!) krakowskie duchowieństwo okrzyknęło biskupa męczennikiem. W pośpiechu zaczęto kreować jego wizerunek, tak by enigmatyczny święty mógł zdystansować konkurencyjnego patrona Polski – Wojciecha.

Na potrzeby tego orwellowskiego przepisania historii bardzo przydały się hagiograficzne opowiastki o Stanisławie. Wychwalał go już kronikarz (a zarazem – jeden z kolejnych biskupów krakowskich) Wincenty zwany Kadłubkiem w dziele spisanym około 1208 roku. Historię rozwinął jeszcze i wypełnił detalami dominikanin Wincenty z Kielczy, tworzący w połowie XIII stulecia.

Obrazek Artystyczne wyobrażenie zabójstwa św. Stanisława pędzla Jana Matejki (źródło: domena publiczna).

Praca nie poszła na marne. Stanisław został wyniesiony na ołtarze w 1253 roku, a legendy o nim przetrwały po dziś dzień. Nie z wszystkich jednak kościelni propagandyści powinni być dumni.

Autorzy żywotów Stanisława zapędzili się w kozi róg. Tak bardzo chcieli przydać biskupowi chwały, że aż przypisali mu
paranie się nekromancją
, a więc sztuką ożywiania zmarłych!

Rycerz zmartwychwstały
_______________________________________________________

Oto biskup wydobył z grobu umarłego rycerza i wskrzesił go, aby ten złożył zeznania przed sądem królewskim. Sprawa dotyczyła finansów, a dokładnie aktu własności. Wedle opowieści, Stanisław musiał udowodnić przed sądem, że zgodnie z prawem nabył wieś Piotrawin od niejakiego Piotra Strzemieńczyka.

Obrazek Artykuł powstał w oparciu o materiały zebrane przez Adama Węgłowskiego podczas pisania książki „Żywe trupy. Prawdziwa historia zombie”. Jest to najnowsza publikacja wydana pod marką „Ciekawostek historycznych”.

Rycerz ów już nie żył, biskup nie miał potrzebnych dokumentów, a rodzina zmarłego nie zamierzała wierzyć mu na słowo. Stąd też wzięła się cała skarga do króla. W tej sytuacji święty pomedytował chwilę, po czym postanowił, że
za nic ma spokój duszy zmarłego. Nie przejął się też najwidoczniej groźbą świętokradztwa, ani drugim przykazaniem. Postanowił wskrzesić rycerza Piotra!

Zadziwiające, że duchowni, odpowiedzialni za podobne legendy, nie widzieli nic niestosownego w tym, że zawraca się głowę Bogu i przywołuje kogoś z zaświatów w celu tak błahym, jak udowodnienie własności. Choć kto wie, może to dopiero nasze pokolenie stało się wyczulone na podobne problemy, po skandalach związanych z działalnością Komisji Majątkowej dla Kościoła Katolickiego? No ale wróćmy do Stanisława.

Obrazek Wybitny kronikarz Jan Długosz na obrazie autorstwa Antoniego Gramatyki (źródło: domena publiczna).

Z wersji historii zapisanej przez samego Jana Długosza dowiadujemy się, że:

(
) wyszedłszy z kościoła, [biskup] kazał odkopać ziemię i otworzyć grób zmarłego rycerza Piotra; a gdy się ukazał trup, butwiejący już od lat trzech, wtedy wśród mnogiego tłumu księży i ludu, padłszy na ziemię i zalawszy oblicze swoje łzami, wzniósł gorące modły do Boga.


Jak pisze Długosz, święty przypomniał w swej modlitwie biblijne wskrzeszenie Łazarza, a potem rzekł:
wstań Piotrze z prochu i wróć do życia, byś dał świadectwo prawdzie!

Sąd żywego trupa
_____________________________________________________

Rycerz bez szemrania się podniósł, a Stanisław zaprowadził go przed oblicze Bolesława. Oczywiście królowi i jego świcie opadły szczęki na widok takiego cudu (prawie potracili zmysły, tak iż nie śmieli nic mówić ani czynić zapytania). Wskrzeszony rycerz nie tylko zaświadczył, że Stanisław mówi prawdę, ale też obsztorcował swoich krewnych za to, że rozkręcili aferę przeciw Kościołowi.

Na koniec biskup zapytał Piotra, czy – skoro już został wskrzeszony – nie chciałby jeszcze pożyć parę lat. Ten jednak podziękował za taką łaskę i wolał wrócić do czyśćca. Położył się do grobu i złożywszy w nim swoje ciało ducha wyzionął, a Stanisław odśpiewawszy z duchowieństwem swojem jak najpobożniej psalmy według obrządku katolickiego, i poleciwszy duszę jego Bogu, przysypał ziemią jego zwłoki.
http://ciekawostkihistoryczne.pl/2016/0 ... ekromanta/


cdn.
0 x


Gdzie rodzi się wiara, tam umiera mózg.

Awatar użytkownika
abcd
Posty: 5771
Rejestracja: środa 17 wrz 2014, 20:13
x 383
x 227
Podziękował: 32225 razy
Otrzymał podziękowanie: 9245 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: abcd » środa 09 lis 2016, 23:09

Cześć 2:

Adam Węgłowski pisze:Czy najważniejszy polski święty był nekromantą?
18 maja 2016

Cuda biskupa
_________________________________________________________________

Kto nie wierzy (a przecież naprawdę trudno uwierzyć
), może odwiedzić gotycką kaplicę przy kościele pod wezwaniem św. Tomasza Apostoła i św. Stanisława w Piotrawinie. Zbudowano ją w XV wieku na miejscu dawnej świątyni, pamiętającej czasy biskupa nekromanty. Można tam zobaczyć XVII-wieczną płytę nagrobną Piotra oraz starszą, średniowieczną – obecnie wmurowaną w ścianę.

Obrazek Czy to w tym kościele doszło do słynnego wskrzeszenia? (fot. Epegeiro, lic. CC BY-SA 3.0 pl)

Obok świątyni rośnie też lipa, następczyni niezwykłego drzewa zasadzonego tam rzekomo przez Stanisława. Skończywszy bowiem sprawę z rycerzem Piotrem, biskup zerwał gałązkę z drzewa i zasadził ją wierzchołkiem do ziemi ze słowami: Rośnij na pamiątkę! Czyli nekromanta postanowił jeszcze uczcić swój sądowy spektakl. Faktycznie lipa w Piotrawinie wyglądała jakby rosła korzeniami do góry. Tę oryginalną możemy jednak podziwiać już tylko na zdjęciach i obrazach, bo rozpadła się w 1930 r. Dzisiaj rośnie w Piotrawinie tylko jej „córka”.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że to koniec nekromanckich cudów ze Stanisławem. Działał i ożywiał nawet zza grobu. To za jego sprawą – jak donoszą XIII-wieczne hagiografie – wskrzeszony został w Krakowie zmarły zaraz po narodzeniu syn niejakiego Ryszarda Lombardczyka (po to, by można było go ochrzcić, po czym szybko ponownie zmarł). Za sprawą kamyka z grobu Stanisława ożył też ponoć Wicher, syn rycerza z Polikarcic. A także dziecko pewnego Węgra z Mysławczyc.

Obrazek Artykuł powstał w oparciu o materiały zebrane przez Adama Węgłowskiego podczas pisania książki [url=Artykuł powstał w oparciu o materiały zebrane przez Adama Węgłowskiego podczas pisania książki]„Żywe trupy. Prawdziwa historia zombie”[/url]. Jest to najnowsza publikacja wydana pod marką „Ciekawostek historycznych”.

Krakowski patron Polski
____________________________________________________________________

W sposób symboliczny Stanisław przyczynił się także do reaktywacji „zmarłego” Królestwa Polskiego. Kronika mistrza Wincentego zwanego Kadłubkiem mówi przecież, że poćwiartowane z rozkazu króla ciało biskupa zrosło się. I w ten sam sposób scalić się miała Polska, podzielona na dzielnice.

Z tym, że – podkreślmy – pod patronatem Krakowa i krakowskiego świętego! Nie Czecha Wojciecha z Gniezna. Nie św. Lamberta (promowanego przez pierwszych Piastów), ani św. Floriana (który ostatecznie został tylko patronem strażaków).

Obrazek Wizja śmierci Tomasza Becketa autorstwa Tommaso Dolabella. Czy historia morderstwa brytyjskiego biskupa była inspiracją do wykreowania legendy świętego Stanisława? (źródło: domena publiczna)

A że wersja o zamordowaniu i poćwiartowaniu Stanisława przez wściekłego króla Bolesława dziwnie przypomina rozsławioną po Europie historię angielskiego biskupa Tomasza Becketa, zabitego przed ołtarzem w 1170 roku przez siepaczy Henryka II Plantageneta? Cóż, ta świątobliwa opowieść o krakowskim męczenniku krzepi serca bardziej niż smutna wersja o ukaraniu biskupa na obcięcie członków za zdradę państwa.

Nawet, jeśli jest równie „prawdziwa” jak opowieści hagiografów Stanisława o wskrzeszeniu rycerza Piotra, trudno z nią wygrać. A może żywych trupów tkwiących w szafie polskiej historii lepiej w ogóle nie ruszać?


***
________________________________________________________________

Polscy łowcy żywych trupów, odrażające rytuały karaibskich szamanów i zbrodnie dokonywane na dystyngowanych dworach Europy. Adam Węgłowski przemierza kontynenty w poszukiwaniu historii, które nie pozwolą wam zasnąć w nocy. Tylko teraz nową książkę „Ciekawostek historycznych” możecie kupić aż 30% taniej!

Bibliografia:

1. Cuda św. Stanisława [w:] Średniowieczne żywoty i cuda patronów Polski, tłum. Janina Pleziowa, oprac. Marian Plezia, Warszawa 1981.
2. Gall Anonim, Kronika polska, Warszawa 2010.
3. Wincenty Kadłubek, Kronika polska, Warszawa 2010.
4. Wojciech Kętrzyński, Monumenta Poloniae Historica, t. 4, Lwów 1884.
http://ciekawostkihistoryczne.pl/2016/0 ... romanta/2/
0 x


Gdzie rodzi się wiara, tam umiera mózg.

Awatar użytkownika
Thotal
Posty: 7677
Rejestracja: sobota 05 sty 2013, 16:28
x 27
x 254
Podziękował: 6077 razy
Otrzymał podziękowanie: 12111 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: Thotal » sobota 19 lis 2016, 22:29

Aleksander...


https://www.youtube.com/watch?v=2wevOs2Sj0Q




Pozdrawiam - Thotal :)
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » niedziela 04 gru 2016, 21:57

"Podziemny Świat"

https://www.youtube.com/watch?v=ZNqBWYJgsqc

Opublikowany 04.12.2016

Kamienne Labirynty- Skrzaty-Krasnale -tajemnicze "Amazonki"-Diabelskie Kamienie?-Nieznana bliżej przedpotopowa Historia Europy.

https://www.youtube.com/watch?v=1OS2b...
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » niedziela 25 gru 2016, 22:42

Dlaczego Dobrawa nie chciała seksu z Mieszkiem?
Newsweek.plHistoria 26.11.2016

Obrazek
Miniatura z francuskiego manuskryptu, początek XIV w. Fot. East News źródło: East News

Nie jest prawdą, że czeska księżniczka próbowała szantażować męża. Miała inne i to bardzo dobre powody, by odmówić mu nocy poślubnej.

Zdaniem czeskiego kronikarza Kosmasa każde pogańskie wesele kończyło się „oddaniem reszty nocy Wenerze i Hymenowi”. Świętoszkowaty mnich nie chciał napisać tego wprost, ale pod tym enigmatycznym odwołaniem do bóstw patronujących fizycznej miłości kryła się wzmianka o dawnym obyczaju pokładzin. Był to rytualny stosunek nowo poślubionych małżonków, który odbywał się niemalże na oczach biesiadników, i to jeszcze w trakcie uczty weselnej.

Pokładziny, czyli krew być musi

Ten ginący w odmętach czasu obrzęd był nieodzownym elementem tradycyjnego ślubu. Dopiero on potwierdzał ważność zawartego związku i w pewnym sensie go pieczętował. Nie chodziło jednak tylko o seks. Do dopełnienia rytuału potrzebne były jeszcze widoczne znaki. Bezpośrednio po zbliżeniu pan młody miał obowiązek zaprezentować prześcieradło lub koszulę małżonki, tak aby wszyscy goście na własne oczy mogli zobaczyć ślady krwi. Jeśli tak się stało, uczta trwała dalej wśród powszechnej radości. Jeśli jednak zbliżeniu nie towarzyszyło krwawienie, tradycja nakazywała przerwać wesele i zniszczyć wszystkie związane z nim sprzęty. Sam związek tymczasem uznawano za niebyły lub przynajmniej skazany na niepowodzenie.

Pokładziny przetrwały w Polsce aż do czasów sarmackich, gdy wśród pojedynków na szable i kufli piwa wciąż z dumą prezentowano zakrwawione płótna. Zwykle przyjmuje się, że obyczaj miał na celu potwierdzenie, iż panna młoda wiodła cnotliwe życie, a w chwili zamążpójścia była dziewicą. W XVI czy XVII wieku rzeczywiście mogło o to chodzić, w czasach Mieszka i Dobrawy podobna interpretacja nie miałaby jednak żadnego sensu.

Rozwiązły jak Słowianin

Słowianie słynęli w X wieku ze swobody obyczajowej, żeby nie powiedzieć – rozwiązłości. Ibrahim ibn Jakub wyjaśniał, że kiedy jedna z panien „pokocha jakiegoś mężczyznę, udaje się do niego i zaspokaja u niego swą żądzę”. Takie zachowanie wśród naszych odległych praprababek było wręcz – zdaniem podróżnika z Andaluzji – oczekiwane. „Kiedy małżonek poślubi dziewczynę i znajdzie ją dziewicą, mówi do niej: »Gdyby było w tobie coś dobrego, pożądaliby cię mężczyźni i z pewnością wybrałabyś sobie kogoś, kto by wziął twoje dziewictwo«” – pisał Ibrahim. W jego opinii to właśnie podobne odkrycie mogło doprowadzić do zerwania związku i odesłania żony do rodziców, a nie – sytuacja odwrotna.

Ofiara dla bogów

Historycy uznają przytoczoną relację za raczej wiarygodną. W żaden sposób nie kłóci się ona jednak z rytuałem pokładzin. W pierwotnym okresie nie był on wcale sprawdzianem cnoty. I nawet nie mógł być, bo przejścia próby krwi oczekiwano zarówno od dotychczasowych panien, jak i wdów zawierających ponowne małżeństwa. Sens obrzędu był zupełnie inny i bez porównania bardziej donośny. Przypuszcza się, że seks w noc poślubną uchodził w czasach pogańskich za akt ofiary składanej bogom. Była to najwyższa forma kultowego oddania – swego rodzaju fizyczna modlitwa. W czasach Mieszka wierzono, że krew stanowi potwierdzenie, iż bogowie przyjęli ofiarę i zaakceptowali małżeństwo. Jej brak oznajmiał natomiast – jak twierdził etnolog Ludwik Stomma – że ofiara została odrzucona, a związek nie zyskał aprobaty sił nadprzyrodzonych.
Dobrawa jako pobożna chrześcijanka nawet nie dopuszczała myśli, że mogłaby złożyć swoje ciało w ofierze bożkom.

Musiały rzecz jasna istnieć środki gwarantujące, że ślady krwi się pojawią. W wielu przypadkach „problem” rozwiązywało brutalne podejście męża do spraw seksu, raniące świeżo poślubioną żonę nie tylko w sensie psychicznym. Niekiedy krew można było chyłkiem podrzucić na prześcieradło, byle rytuałowi stało się zadość.

Dobrawa i poganin Mieszko

Jakkolwiek by było, nikt nie obawiał się, że Dobrawa nie przejdzie sprawdzianu ani też nikt by na to nie pozwolił. Problem polegał na zupełnie czym innym. Księżniczka – a teraz już księżna – stanowczo odmówiła udziału w pokładzinach. Jako pobożna chrześcijanka nawet nie dopuszczała myśli, że mogłaby złożyć swoje ciało w ofierze bożkom. „Nie pierwej podzieliła z nim łoże małżeńskie, aż wyrzekł się błędów pogaństwa” – pisał przecież Gall Anonim na temat małżeństwa Dobrawy i Mieszka.

Kamil Janicki

Tekst ukazał się pierwotnie w nr 9/2015 „Newsweeka Historia”

http://www.newsweek.pl/historia/seks-na ... b_paidp24b

Mieszko I to nie Mieszko I? Gdzie był grób władcy?

Obrazek

Kto zatem został pochowany w grobowcu w katedrze poznańskiej? Archeolodzy twierdza, że spoczywało tam ciało biskupa. A grób Mieszka I znajdował się w małym kościółku na Ostrowie Tumskim.

W błędnym przekonaniu o miejscu pochówku Mieszka I tkwimy od 1952 r. – wynika z publikacji „Gazety Wyborczej”. Wtedy archeolodzy odkryli pozostałości dwóch grobowców w centralnej części poznańskiej świątyni. I na podstawie relacji kronikarza Jana Długosza oraz podobieństw do pochówków cesarzy niemieckich z X w. stwierdzili, że starszy grobowiec to miejsce spoczynku Mieszka I.

Prof. Przemysław Urbańczyk z PAN pisze w „Gazecie Wyborczej”, że z ponownej analizy danych wynika, iż prawda może być inna. Dla obalenia tezy sprzed blisko sześćdziesięciu lat kluczowy jest znaleziony w grobie mały fragment kamiennej płytki. Okazuje się, że to nie jest - jak wcześniej uważano - kawałek okładziny grobu, a fragment przenośnego ołtarzyka. A skoro takie jest pochodzenie płytki, to w grobowcu nie mogła spoczywać osoba świecka, lecz tylko jakiś dostojnik kościelny. I prawdopodobnie jest to nasz pierwszy biskup Jordan.

Według Urbańczyka Mieszko I mógł zostać pochowany na poznańskim Ostrowie Tumskim. Tam, we wnętrzu maleńkiej, przypałacowej kaplicy pw. Najświętszej Marii Panny odkryto duży wkop, najprawdopodobniej pozostałość po grobie.

- Ciało Mieszka I najprawdopodobniej pochowano pierwotnie w jego własnej kaplicy przypałacowej, zapewne obok Dąbrówki – pisze w „Gazecie Wyborczej” prof. Przemysław Urbańczyk.

Stuprocentowej pewności nie możemy jednak mieć, bo groby, o których mowa, są puste. Zdaniem profesora oba ciała mógł sprofanować szukający pomsty na Piastach Brzetysław. - To jego możemy "oskarżyć" o zatarcie śladów ważnych dla początków naszej historii - kończy swój artykuł prof. Urbańczyk.

http://www.newsweek.pl/polska/mieszko-i ... 4,1,1.html
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » piątek 06 sty 2017, 16:49

"Zakazane karty historii" – Sekrety alchemików

https://www.youtube.com/watch?v=V0qC3zebdRc
0 x



Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » niedziela 22 sty 2017, 20:43

Spuścizna po wytępionym w imię cywilizacji i chrześcijaństwa narodzie

Obrazek

Obrazek

https://www.youtube.com/watch?v=XwsXhYU44kg

Opublikowany 4 sty 2017

Czy wiedzieliście, że w Polsce jest garstka osób władających językiem pruskim? Okazuje się, że ten naród przetrwał i dziś zaczyna się odradzać!

https://pl.wikipedia.org/wiki/Prusowie#
0 x



Piter1974
x 116

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: Piter1974 » czwartek 26 sty 2017, 11:48

CANTILENA INHONESTA

CANTILENA INHONESTA - Pieśń nieprzystojna.

Chcy ja na pannu żałować:
Nie chciałat' mi trochy dać
Memu koni owsa.

Mnisz-li ty, panno, bych był mał?
U mnet' wisi jako stal
Nożyk przy biedrzycy.

Rożży, panno, świeciczku,
Przysuczywa dratwiczku
Jako pirwe było.

Na pisane perzynie
Damy sobie do wole
Piwa i medu.

Rożży, panno, kahanec,
Ohledawa hned winec,
Jeszcze li je cał.

A ktorak może cał byci,
Zarazem ji starł kici,
Kto pirwe przybiehł.

Mnisz-li, panno, bych był ślep?
Uderzym ja kijem w kerz,
Wyżenu zajece.


Objaśnienia
cantilena inhonesta (łac.) - piosenka nieprzystojna.
żałować - skarżyć się.
mnisz-li - czy sądzisz.
przy biedrzycy - przy biodrze.
rożży świeciczku - zapal świeczuszkę.
przysuczywa dratwiczku - przędźmy dratewkę.
pirwe było - dawniej bywało.
na pisane perzynie - na zdobionej, wzorzystej pierzynie.
medu - miódu.
kahanec - lampka, świecznik.
ohledawa hnet winec - oglądajmy zaraz wieniec, wianek.
li je cał - czy jest cały (nie naruszony).
ktorak - jak, jakże.
zarazem ji starł kici - od razu go zdarł kijem.
kerz - krzew, krzak.
wyżenu zajece - wygonię, wypędzę zająca.

Cantilena inhonesta (łac. Piosenka nieprzystojna, inc. Chcy ja na pannu żałować..., inny tytuł: Skarga na pannę) – pieśń żakowska, zapisana przez Mikołaja z Koźla na początku XV wieku, przez wiele lat (1935 - 2013) uważana w polskiej tradycji naukowej za najstarszy polski erotyk, w istocie ułożona i zapisana po czesku przez śląskiego zakonnika, który czeski tekst, zapisywany prawdopodobnie z pamięci "słyszał polskim uchem".
Autor utworu jest nieznany, jednak zachowały się dokładne informacje na temat osoby, która erotyk zapisała na kartach kodeksu franciszkańskiego. Uczynił to zakonnik Mikołaj z Koźla prawdopodobnie w latach 1416–1417, kiedy wyruszył przez Czechy w kierunku Moraw. Zakon wyposażył go w pergamin, na którym miał dokonywać notatek, aby po powrocie wzbogacić zbiory Franciszkanów. Zasłyszaną piosenkę Mikołaj zapisał najprawdopodobniej podczas pobytu w Ołomuńcu. W kodeksie notował także modlitwy, teksty kazań, recepty i inne utwory (satyry, anegdoty, pieśni antyhusyckie). Po powrocie do klasztoru w Koźlu tekst erotyku został zamazany atramentem, niektóre miejsca zostały dodatkiowo zatarte, co przez wiele lat utrudniało pełne odczytanie kantyleny.
Utwór odkryto w XIX w. (A. H. Hoffman von Fallersleben, Nicolaus von Kosel, ein böhmischer und deutscher Dichter vom Jahre 1417) 1829). Pierwszą całościową transliterację ogłosił dopiero w 1893 Władysław Nehring w XV tomie Archiv für Slavische Philologie (artykuł Die čechischen Eintragungen in einer Breslauer Handschrift). Pełne wydanie krytyczne opublikował w 1934 Roman Jakobson w artykule Slezsko-polská cantilena inhonesta ze začátku XV. století (Národopisný Věstník Českoslovanský)[2]. Tezę o polskim pochodzeniu tekstu przejęli od rosyjskiego uczonego polacy, Julian Krzyąnowski i Stanisław Rospond oraz późniejsi, liczni kontynuatorzy, traktujący utwór jako najstarszy polski erotyk. Rewizję lekcji Jakobsona dali w 2008 krakowscy uczeni Maciej Eder i Wacław Twardzik, posługując się fotografią rękopisu w ultrafiolecie wykonaną przez laboratorium policyjne (artykuł Czy staropolska kicz/kić naprawdę była wyrazem nieprzyzwoitym ("Cantilena inhonesta" odczytana na nowo), ostatni nieczytelny fragment rozszyfrował Jacek Baluch w niewielkiej książce Zamazany inkaustem rękopis, czyli śląsko-czeska sprośna śpiewka (Kraków, 2013) udowadniając równocześnie, że tekst został ułożony i zapisany po czesku przez śląskiego zakonnika, który czeski tekst słyszał "polskim uchem" i stąd błędy zapisu z początku XV wieku, kiedy ortografia czeska i polska nie była jeszcze ustalona.
Rękopis przechowywany był do 1811 w bibliotece klasztoru Franciszkanów, następnie został przekazany.

TREŚĆ I BUDOWA UTWORU

Cantilena inhonesta
Utwór, zbudowany z siedmiu trójwersowych strof, (zapisanych w układzie 7+7+6), z których końcowy nie tworzy rymu. Jest skargą chłopca na oporną dziewczynę: "Chcy na pannu żałować, Nie chciała mi trochy dać, Memu koniu owsa...". Pełno w niej nieprzyzwoitych aluzji, przesłoniętych dla niepoznaki słowami neutralnymi – np. "kierz" (krzak) zamiast "kiep" (żeńskie przyrodzenie, łac. cunnus). Rozpoczyna się skargą młodzieńca na pannę, która nie chciała mu się oddać. W następnej części młodzieniec stara się ją jednak przekonać do zbliżenia poprzez kolejne igraszki miłosne, żeby w końcu osiągnąć cel. Powstała najprawdopodobniej na bazie erotyku żakowsko-waganckiego, jednakże dotąd nie odnaleziono jej łacińskiego pierwowzoru.
W tekście występują rymy aax, bbx, etc. zasadniczo jednozgłoskowe (rymy męskie, czasem pogłębione o współbrzmienie zgłoski przedostatniej). Konstrukcja utworu oparta jest o sylabizm, jak na swój czas regularny (drobne odstępstwa wynikają prawdopodobnie z faktu, że utwór był zapisywany ze słuchu czy też z pamięci) z fakty. Z figur stylistycznych zastosowano tylko raz porównanie i raz epitet. W tekście zawarto dwuznaczne aluzje i zrozumiałą dla odbiorcy symbolikę (koń, nóż przypasany u pasa, wzorzysta pierzyna, miód i mleko, dratewka i przędziwo, zając) ).
Badacze przyjmujący, że tekst jest polski uważali pewne zjawiska fonetyczne (brak nosówek, sonanty, 'h' zamiast 'g') czeskie końcówki odmiany, elementy leksyki za czechizmy, których jak na krótki tekst występowało bardzo wiele. Przy stwierdzeniu, że jest to tekst czeski zapisany przez Ślązaka, w tekście nie ma ani jednego polonizmu leksykalnego, nie ma polskich form odmiany, są tylko ewentualne polonizmy fonetyczne, zrozumiałe na językowym pograniczu.
Badacze poszukiwali też melodii, lecz hipoteza o literowym zapisie melodii okazała się błędna (udowodnili to Eder i Twardzik).
Choć więc w wielu antologiach literatury staropolskiej, w Bibliotece Narodowej II, a także w podręcznikach Cantilena inhonesta uchodzi za najstarszy polski erotyk, pogląd ten należy obecnie zrewidować.

PRZYPISY.
↑ Maciej Włodarski: Wstęp. W: Polska poezja świecka XV wieku. Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1997, s. LXXVII-LXXVIII. ISBN 83-04-04378-5.
↑ a b Polska poezja świecka XV wieku. Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1997, s. 97. ISBN 83-04-04378-5.
↑ a b Maciej Włodarski: Wstęp. W: Polska poezja świecka XV wieku. Wrocław: Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1997, s. LXXIX. ISBN 83-04-04378-5.
0 x



Awatar użytkownika
abcd
Posty: 5771
Rejestracja: środa 17 wrz 2014, 20:13
x 383
x 227
Podziękował: 32225 razy
Otrzymał podziękowanie: 9245 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: abcd » wtorek 31 sty 2017, 12:25

Jakub Kuza pisze:Aby uratować dziesiątki tysięcy polskich dzieci, zawarł pakt z diabłem. Potępicie go?
30 stycznia 2017

Powojenna Polska to nie tylko wyklęci bohaterowie z jednej strony i współpracujący z komunistycznym rządem zdrajcy z drugiej. Poznajcie człowieka, który wymyka się prostym podziałom na „czarne” i „białe”.

Obrazek
Roman Hrabar ocalił 30 tysięcy porwanych przez Niemców polskich dzieci. Dzisiaj mało kto o nim pamięta (źródło: IPN – reprodukcja Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta).

Styczeń 1945 roku. Przed imponującym gmachem Sejmu Śląskiego w Katowicach zatrzymuje się ciężarówka. Spod plandeki zaczynają wyskakiwać zziębnięci mężczyźni ze swoim skromnym dobytkiem. Będą organizować polską administrację w województwie śląskim, powiększonym o ziemie, które przed wojną należały do III Rzeszy.

Wśród przybyszów jest Roman Hrabar, wysoki, przystojny, 36-letni prawnik. Jak podkreśla w swojej książce „Brunatna kołysanka” Anna Malinowska, nie ma on dobrego życiorysu na nowe czasy. Pochodzi z zagarniętych przez Sowietów Kresów, z inteligenckiej rodziny: jego ojciec był adwokatem, a matka malarką. Nic dziwnego, że ten członek kresowych elit szuka szczęścia na dzikim zachodzie, gdzie komuniści, którym zależy za wszelką cenę na zdobyciu urzędników, przymykają oczy na przeszłość i pochodzenie.

Nie ma papierów? Radź sobie!
____________________________________________________

W lipcu 1945 roku do wszystkich urzędów wojewódzkich wpływa pismo z Warszawy z lakonicznym żądaniem sporządzenia spisu dzieci wywiezionych do Niemiec podczas wojny. Na Śląsku to szczególnie palący problem. Wiadomo, że do Rzeszy wywieziono w celu germanizacji tysiące dzieci, ale nie ma na to praktycznie żadnych dowodów – Niemcy bardzo starannie zacierali ślady.

Obrazek
Niemcy w czasie II wojny światowej porwali około 200 tysięcy polskich dzieci. Na zdjęciu uprowadzenie polskich dzieci w czasie pacyfikacji jednej z wsi na Zamojszczyźnie (źródło: domena publiczna).

Przełożeni wpadają na świetny pomysł: niech poszukiwaniem dzieci zajmie się młody prawnik, przechwalający się znajomością aż trzech zachodnich języków obcych (niemieckiego, angielskiego i francuskiego). Hrabar energicznie zabiera się do dzieła. Zamieszcza ogłoszenia w prasie, prosi o pomoc dziennikarzy, rozpoczyna współpracę z Czerwonym Krzyżem. Od sierpnia 1946 roku rozwija także kontakty z UNRRA, Administracją Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy, której jeden z oddziałów zajmuje się właśnie poszukiwaniem zaginionych na wojnie dzieci.

Dyrektorka Głównej Kwatery Poszukiwań Dzieci UNRRA (a prywatnie przyjaciółka Eleanor Roosevelt), Eileen Blackley, udziela polskiemu prawnikowi wszelkiej możliwej pomocy i mobilizuje go do jak najszybszego działania. Czas działa bowiem na niekorzyść polskich dzieci, ślady będą się zacierać. Już teraz w obozach UNRRA w Niemczech przebywa mnóstwo dzieci, które nie potrafią powiedzieć niczego o swoim pochodzeniu. Nieustannie spływają też sygnały o polskich dzieciach w niemieckich rodzinach zastępczych. Dopytywani o to Niemcy reagują jednak wrogo, a w najlepszym wypadku – wymijająco. Tymczasem do katowickiego prawnika zaczynają docierać też rodziny zaginionych dzieci, najpierw ze Śląska, potem już z całej Polski.

W paszczy lwa
____________________________________________________

Hrabar angażuje się bez reszty. Występuje do władz centralnych o pełnomocnictwo do prowadzenia poszukiwań na terenie alianckich stref okupacyjnych w Niemczech, pakuje najważniejsze dokumenty, które udało mu się zdobyć w Polsce wraz ze zdjęciami zaginionych dzieci i wyjeżdża do Heidelbergu. Nie posiadamy żadnych informacji, jak poszukuje się dzieci. Przed nami wielka niewiadoma – notuje w swoim dzienniku.

Obrazek
Artykuł powstał między innymi na podstawie książki Anny Malinowskiej pod tytułem „Brunatna kołysanka” (Agora 2017).

Główny delegat Polskiego Czerwonego Krzyża na Niemcy ostrzega Hrabara: będziecie mieli wrogów wszędzie. Na miejscu okazuje się, że istotnie, nie tylko Niemcy, ale także Amerykanie i Anglicy mnożą problemy. Nie chcą repatriować nastolatków bez ich zgody, nie zgadzają się też na wyjazd dzieci, które nie mówią po polsku. Zaangażowany prawnik sprzeciwia się takiej postawie. Jak pisze:

Akcentuję mocno, że wszystkie zrabowane dzieci muszą powrócić do ojczyzny – nie tylko zresztą polskie – by częściowo wyrównać krzywdy wyrządzone potworną okupacją hitlerowską.

Niestety definitywne określenie tożsamości dziecka jest często praktycznie niemożliwe. W wielu przypadkach jedyny materiał dowodowy, jakim dysponuje Hrabar, to wytarte zdjęcie sprzed lat. Tymczasem niemieccy urzędnicy, gdy tylko pojawiają się wątpliwości, nie chcą wystawiać odpowiednich zaświadczeń. Niektórych prowadzi to do desperackich kroków: jeden z członków grupy poszukującej polskich dzieci, kapitan Rosołek, posuwa się wręcz do tego, że niechętnym do współpracy urzędnikom
grozi pistoletem.


Obrazek
Poszukiwania porwanych przez Niemców dzieci było niczym śledztwo. Na zdjęciu apel w łódzkim obozie dla dzieci. Większość z nich trafiła później do Rzeszy (źródło: Archiwum Fotograficzne Stefana Bałuka/domena publiczna).

Sam Rosołek, w przeciwieństwie do niemieckich biurokratów, nigdy nie ma wątpliwości. Rozpoznaje polskie dzieci na pierwszy rzut oka. Nie stwierdzono, by się kiedyś pomylił, jednak skargi na stosowane przez niego metody spowodowały, że musiał pożegnać się z funkcją poszukiwacza dzieci – notuje z żalem katowicki prawnik.

Zagadki godne najlepszych detektywów
__________________________________________________________________

Z czasem Hrabar coraz lepiej radzi sobie z dopasowywaniem elementów układanki, za którą kryje się tożsamość dzieci. Odkrywa metody, jakich naziści z Lebensborn, instytucji działającej na rzecz odnowienia krwi niemieckiej i hodowli nordyckiej rasy nadludzi, używali, by „pomóc” dzieciom zapomnieć o ich pochodzeniu. Zniemczając nazwiska tych starszych, starali się na przykład zachować pierwsze sylaby. Dzięki temu nowe nazwisko zlewa się ze starym i dzieciom wydaje się, że noszą je przez całe życie.
http://ciekawostkihistoryczne.pl/2017/0 ... epicie-go/

Jakub Kuza pisze:Aby uratować dziesiątki tysięcy polskich dzieci, zawarł pakt z diabłem. Potępicie go?
30 stycznia 2017

Sława polskiego prawnika rośnie, gdy udaje mu się odszukać Alodię i Darię – dwie siostry Witaszek. Wpada na ich ślad, gdy natrafia w alianckich spisach na dwie dziewczynki o nazwisku Wittke. Daty urodzenia dziewczynek pokrywają się, chociaż miejsca zostały zmienione. Podobnie brzmią też imiona, którymi posługują się w nowej ojczyźnie: Alice i Dora. Wkrótce, odzyskane z niemieckich rodzin zastępczych, wracają do rodzeństwa w Polsce. Prasa krajowa i zagraniczna rozpisuje się o ich cudownym odnalezieniu.

Obrazek
Daria i Alodia Witaszek na zdjęciu z 1943 roku (źródło: archiwum prywatne Alodii Witaszek).

Polskie dzieci ofiarą zimnej wojny
__________________________________________________________________

Zmiana klimatu w Europie i rozpoczęcie zimnej wojny niestety utrudnia poszukiwania wywiezionych do Niemiec polskich dzieci. Alianci zachodni coraz mniej chętnie współpracują z Sowietami, a co za tym idzie, także z przedstawicielami komunistycznego rządu polskiego. Polska grupa coraz częściej słyszy od przedstawicieli UNRRA czy władz okupacyjnych, że odrywanie dzieci od niemieckich rodzin, z którymi się zżyły, jest niehumanitarne. W niektórych niemieckich landach dzieciom o niewiadomym pochodzeniu zaczynają być wydawane nowe metryki. Zrozpaczony Hrabar pisze:

Zaprzestaje się gromadzenia dokumentów, analizy szlaków deportacyjnych, śledzenia poszczególnych grup dzieci (
) Trudno mi się opanować. Takie stanowisko jest legalizowaniem zbrodni hitlerowskiej
Jakim jednak prawem wciąga się do gry politycznej dzieci?


Obrazek
Artykuł powstał między innymi na podstawie książki Anny Malinowskiej pod tytułem „Brunatna kołysanka” (Agora 2017).

Jego samego polityka nie interesuje. Chce przywrócić prawdziwą tożsamość zgermanizowanym, siłą oderwanym od ich rodzin dzieciom. Liczbę wywiezionych ocenia na dwieście tysięcy


Lebensborn w Norymberdze i koniec misji
___________________________________________________________________

20 października 1947 roku w Norymberdze zaczyna się kolejny z serii procesów przeciwko zbrodniarzom III Rzeszy. Tym razem na ławie oskarżonych zasiadają pomysłodawcy i wykonawcy nazistowskich programów rasowych, w tym także twórcy organizacji Lebensborn. Hrabar współpracuje z prokuratorem Edmundem Schenkiem – niemieckim Żydem, który zdążył przed wojną uciec do Stanów Zjednoczonych (jego rodzice zginęli w Auschwitz).

Razem dwaj prawnicy gromadzą w Polsce materiał dowodowy, przygotowują też kilkoro dzieci do roli świadków w procesie. Niepomyślny dla nich wyrok, ogłoszony 10 marca 1948 roku, w którym trybunał uznaje Lebensborn za organizację czyniącą wszystko, żeby otoczyć dzieci należytą opieką, jest dla Hrabara szokiem. Ale nie poddaje się. W licznych referatach i publikacjach będzie do skutku walczył o uznanie Lebensborn za organizację zbrodniczą.

Obrazek
W październiku 1947 roku rozpoczął się ósmy z 12 procesów norymberskich. Na ławie oskarżonych znaleźli się między innymi ludzie związani z Lebensborn. Na zdjęciu oskarżeni zapoznają się z zarzutami (źródło: domena publiczna).

Zagraniczna misja Hrabara trwa jeszcze przez jakiś czas po zakończeniu procesu. Dobiega końca dopiero w 1950 roku, kiedy wraz ze współpracownikami opuszcza Niemcy. Ma poczucie, że udało się rozwikłać jedynie niewielki ułamek spraw. Taki jest tragiczny, bolesny finał – notuje gorzko w dzienniku. Po powrocie do Katowic rozpoczyna zwykłą praktykę adwokacką, ale wciąż interesują go sprawy niemieckie. Chce pisać o Lebensborn, o swoich odkryciach. Interesują go prawne aspekty rewindykacji dzieci. Zapowiadając swoją książkę „Hitlerowski rabunek dzieci”, za którą dostanie nagrodę Polityki stwierdza:

Uprowadzenie przez faszystów niemieckich było zabiegiem pomyślanym jako transfuzja świeżej krwi dla zniszczonego biologicznie vaterlandu. Tego nie mieliśmy jeszcze w literaturze (
) społeczeństwo nie dostrzegło, iż hitlerowcy zagarniali polskie dzieci w jasyr.

http://ciekawostkihistoryczne.pl/2017/0 ... icie-go/2/

Jakub Kuza pisze:Aby uratować dziesiątki tysięcy polskich dzieci, zawarł pakt z diabłem. Potępicie go?
30 stycznia 2017

Pakt z komunistycznym diabłem
_____________________________________________________________________

Jego trwająca całe życie krucjata nie pozostaje bezowocna. Artur Ossowski z łódzkiego oddziału IPN, z którym rozmawiała Anna Malinowska, autorka „Brunatnej kołysanki”, z podziwem mówi:

Dzięki staraniom Hrabara wynaradawianie zostało uznane przez Zgromadzenie Ogólne ONZ za zbrodnię ludobójstwa, które nie podlega przedawnieniu. To jego kluczowe osiągnięcie!

Obrazek
Artykuł powstał między innymi na podstawie książki Anny Malinowskiej pod tytułem „Brunatna kołysanka” (Agora 2017).

Jaka jest cena, którą Hrabar musi zapłacić za możliwość swobodnego prowadzenia swojej działalności? Zdaje sobie sprawę, że otrzymanie paszportu i zagraniczne wyjazdy – nie tylko te w walce o sprawy zgermanizowanych polskich dzieci, ale też do brata w RPA – zależą od przychylności Służby Bezpieczeństwa
Daje się pozyskać do współpracy jako TW Roman.

Esbek odnotowuje honorowy charakter współpracy, nie opartej na wynagrodzeniu materialnym lub na przymusie. Od tajnego współpracownika nie jest też wymagane podpisanie zobowiązania do współpracy. SB będzie sobie chwalić współpracę ze katowickim prawnikiem, określanym jako jednostka zdyscyplinowana, realizująca dokładnie i chętnie otrzymane wytyczne.

Ocena kompromisów z władzą na jakie szli tacy ludzie jak Roman Hrabar nigdy nie będzie łatwa. W podobnej sytuacji w PRL był każdy – od szarego człowieka chcącego odwiedzić rodzinę w Stanach Zjednoczonych zaczynając, na Ryszardzie Kapuścińskim kończąc. Czy konieczność donoszenia SB jest ceną zbyt wysoką za możliwość walki o polskie dzieci na forum międzynarodowym?

Obrazek
Roman Hrabar wiedział, że bez pójścia na współpracę ze bezpieką nie ma szans na wyjazd za granicę (źródło: IPN – reprodukcja Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta).

Zadanie do wykonania
________________________________________________________________________

Wieloletnia życiowa partnerka Hrabara w „Brunatnej kołysance” mówi o nim tak:

Roman, jeśli coś zaczynał robić, angażował się w pełni. Odszukiwanie dzieci, łączenie rodzin było dla niego misją (
) On po prostu po wojnie otrzymał pracę, zadanie do wykonania. Z czasem, gdy wiedział już, na jaką skalę zabierano dzieci, zrozumiał, że jego powinnością jest nie tylko je znaleźć, lecz także całą sprawę jak najbardziej nagłośnić. Dlatego pisał książki, udzielał wywiadów, prowadził własne badania. Był przekonany, że o tej zbrodni nie wolno nigdy zapomnieć. Pomagał, jeśli ludzie go o to prosili.


Ten współpracownik komunistycznego rządu i donosiciel SB bezpośrednio lub pośrednio pomógł aż trzydziestu tysiącom polskich dzieci. Tej sprawie poświęcił całe swoje życie.

Bibliografia:
________________________________________________________________________

1. Andrzej Fedorowicz, Człowiek, który odzyskał 30.000 dzieci, „Polityka”, 30.07.2013.
2. Roman Hrabar, Hitlerowski rabunek dzieci polskich. Uprowadzanie i germanizowanie dzieci polskich w latach 1939-1945, Wydawnictwo Śląsk 1960.
3. Roman Hrabar, Lebensborn czyli źródło życia, Wydawnictwo Śląsk, 1980.
4. Anna Malinowska, Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci, Agora 2017.

http://ciekawostkihistoryczne.pl/2017/0 ... icie-go/3/
0 x


Gdzie rodzi się wiara, tam umiera mózg.

Awatar użytkownika
janusz
Administrator
Posty: 15578
Rejestracja: środa 14 lis 2012, 22:25
x 27
x 827
Podziękował: 29135 razy
Otrzymał podziękowanie: 23446 razy

Re: Historia z mniej (choć nie zawsze) poważnej strony

Nieprzeczytany post autor: janusz » sobota 11 lut 2017, 20:27

"Potomkowie Drakuli. Więzy Krwi"

https://www.youtube.com/watch?v=R8stuup2J04
0 x



ODPOWIEDZ